OFICJALNA POLSKA STRONA GRAHAMA MASTERTONA!
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Masterton o...
Recenzje:

darmowe liczniki

Recenzje

środa, 26 września 2018
Cykl o nadkomisarz Katie Maguire w polskim wydaniu doczekał się właśnie premiery ósmego tomu. Pod nieco abstrakcyjnym tytułem "Tańczące martwe dziewczynki" kryje się kolejny brutalny, rasowy kryminał, którym zachwycą się nie tylko fani malowniczej Irlandii, ale przede wszystkim miłośnicy umiejętnie skonstruowanych fabuł, w ramach których chwile szczęścia są dla bohaterów rzadkością, za to gorzkie momenty porażki, bólu i cierpienia występują na porządku dziennym.

W Cork dochodzi do kolejnego nieszczęśliwego wydarzenia – w wyniku intensywnego pożaru w szkole tańca ginie kilkanaście młodych osób. Ciała tancerzy spłonęły doszczętnie, jednak nie wszyscy zginęli od płomieni -  dwie osoby zostały najpierw zastrzelone. Motyw i sprawca lub sprawcy pozostają nieznani, a Katie wraz z zespołem rozpoczyna śledztwo. Kluczem do sukcesu może być mała dziewczynka, która jako jedyna przeżyła pożar, jednak na skutek szoku straciła mowę. Jak to zwykle bywa, nie jest to jedyna sprawa, w jaką zaangażowana jest Garda. W tle majaczy jeszcze morderstwo popełnione na jednym z członków lokalnego gangu, gdzie w grę może wchodzić zemsta zdradzonego męża, a także kontynuacja wątku związanego z nielegalnymi walkami psów, rozpoczętego w poprzednim tomie pt. "Martwi za życia". Nie można zapomnieć też o wątku politycznym i to w miarę na czasie – w historii pobrzmiewają nie tylko echa działalności różnych odłamów IRA, ale też stosunkowo świeżego Brexitu.

Sporo dzieje się też w prywatnym życiu Katie – po śmierci Johna nasza bohaterka stara się ułożyć sobie związek z Conorem, chociaż nie jest to łatwe, szczególnie biorąc pod uwagę jego trwający aktualnie rozwód. A jest jeszcze przecież Kyna, młoda sierżant, która z Katie współpracuje od lat i jest w niej mocno zakochana, zresztą nie bez minimalnej wzajemności. Ten swoisty miłosny trójkąt to idealne pole do popisu dla takiego autora jak Graham, który przecież ma ogromne doświadczenie w konstruowaniu scen seksu. W "Tańczących martwych dziewczynkach" nie zabraknie zatem erotyki, jednak tym razem w wydaniu dalekim od subtelności. Podobnie jak wszystko w cyklu o Katie Maguire, również seks jest tu podany w wydaniu naturalistycznym, gwałtownym i mocnym.

Po lekturze ósmego tomu wciąż nie mogę odpędzić od siebie myśli o tym, że chyba pałam do naszej bohaterki coraz mniejszą sympatią. Odczucie to nasiliło się już przy poprzedniej części, kiedy to błędy i pochopne decyzje coraz częściej zaczęły imać się Katie. Masterton dalej podąża tym tropem i w "Tańczących martwych dziewczynkach" bywają momenty, kiedy działania protagonistki czytelnik ma ochotę zakwestionować. Wciąż nie jest to jednak postać jednowymiarowa, w związku z tym za chwilę pojawia się okazja, by autor znów przedstawił nadkomisarz Maguire w taki sposób, jak pamiętamy ją od pierwszego tomu – jako dobrą, szlachetną i altruistyczną osobę.

Chociaż przy okazji każdej kolejnej książki wchodzącej w skład cyklu podkreślam, że można ją przeczytać bez znajomości poprzednich części, jako że opowiadają one o osobnych zbrodniach i śledztwach, tym razem nie rzucę takiego stwierdzenia. Pisarz utkał już na tyle rozbudowany obraz Cork i przewijających się przez niego postaci, że po prostu szkoda byłoby pozbawić się możliwości skorzystania z efektów jego pracy. W treści ponownie znajdziemy wiele odniesień do poprzednich tomów i powracających postaci, a dramatyczne zakończenie nie będzie miało takiego wydźwięku, jeśli nie przeżyjemy razem z Katie i jej najbliższym otoczeniem wszystkich wydarzeń, o których wcześniej pisał Masterton.

"Tańczące martwe dziewczynki" to powieść, która trzyma poziom poprzednich odsłon, a nawet w kilku miejscach podwyższa poprzeczkę, stając się jedną z najlepszych części całego cyklu. Chociaż autor niekoniecznie stawia na suspens, poświęcając się raczej kreacji charakterystycznych postaci i spójności śledztw, wciąż przyciąga doskonale skonstruowaną warstwą obyczajową i życiem prywatnym Katie, które tak mocno miesza się w tyglu z jej zawodową karierą. Na dodatek rewelacyjny warsztat pisarza to wciąż jeden z największych wabików, który sprawia, że po jego książki wciąż chce się sięgać.


Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2018

Liczba stron: 464

Ocena recenzenta: 9/10
14:23, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 czerwca 2018
Graham Masterton powrócił do horroru i to do horroru oldschoolowego, łączącego nieposkromioną, nieraz absurdalną makabrę z całkiem udanym humorem i dość niepokojącą atmosferą. Wszyscy, którzy od kilku lat nie mogli doczekać się tego momentu i chcieli odpocząć od bestsellerowych kryminałów z Katie Maguire, powinni już szykować portfele, ponieważ nadchodzi „Wirus”. 

Jakkolwiek groteskowo nie brzmiałaby koncepcja morderczych ubrań, autor nosił się z pomysłem napisania książki na ten temat już od jakiegoś czasu. Powodem była znajomość z kobietą prowadzącą sklep z używaną odzieżą, a przebłyski mogliśmy zaobserwować chociażby w opowiadaniu „Co robi ciemność”, opublikowanym niedawno w polskiej wersji w magazynie Okolica Strachu. „Wirus” to rozwinięcie tego pomysłu w postaci 400-stronicowej powieści, wydanej w maju przez Dom Wydawniczy Rebis. Zresztą, skoro zabijać mogły samochody, krzesła czy lustra, to czemu ubrania miałyby być gorsze?

W Londynie zaczyna dochodzić do makabrycznych zbrodni. Młoda dziewczyna wylewa sobie na twarz kwas, inna brutalnie wybebesza swojego chłopaka, a spokojny mężczyzna pozbawia życia swoją żonę. To dopiero początek fali zbrodni, która przetoczy się przez dzielnicę Tooting. Do rozwikłania sprawy przydzielony zostaje duet w postaci Jerry’ego Pardoe i Dżamilli Patel. Partnerzy mocno różnią się od siebie - Jerry jest cyniczny i zabawny, generalnie trudno go nie polubić. Dżamilla to z kolei dziarska detektyw z Pakistanu, która chociaż ,pochodzi z zabobonnej rodziny, stara się twardo stąpać po ziemi. Razem przypominają trochę Muldera i Scully i czuć między nimi chemię, chociaż bardzo cieszę się, że autor powstrzymał się od wrzucania ich do łóżka. W pierwszym tomie, kiedy bohaterowie dopiero się poznali, byłoby to nieco zbyt nienaturalne, a Graham zapowiedział już, że chętnie wykorzysta Jerry’ego i Dżamillę w swojej kolejnej powieści grozy, więc na rozwinięcie tej relacji przyjdzie jeszcze czas. 

Śledztwo w sprawie krwawych zabójstw stoi w martwym punkcie, przynajmniej do momentu, kiedy nasi bohaterowie nie zaczynają podejrzewać, że do agresywnych zachowań mogą oprawców pchać ubrania, w których pozostaje cząstka osobowości złych ludzi, którzy umarli, ale nie pogodzili się ze swoją śmiercią. Sam pomysł swoistych opętań poprzez ubranie wydaje się świetny i jest naturalnym rozwinięciem chociażby koncepcji nawiedzonych domów, których mury przesiąkają negatywnymi emocjami mieszkańców i są nieraz świadkami makabrycznych zbrodni.

Zdecydowana większość powieści podąża właśnie w tym ciekawym kierunku, przeplatając rozdziały dotyczące śledztwa z tymi, w których autor ukazuje kolejne makabryczne zbrodnie. Masterton znów robi to, w czym jest najlepszy, a poszczególne opisy są naprawdę makabryczne. Może dlatego „Wirus”, jako pierwsza książka tego autora w historii, posiada na okładce znaczek „18+” i chociaż to tylko zabieg marketingowy, to gwarantuję, że nie chcielibyście, żeby wasze dziecko czytało tę książkę, a już na pewno, by zaczęło zachowywać się jak młoda Mindy, jedna z bohaterek powieści.

Zakończenie powieści jest już nieco bardziej kontrowersyjne – autor popuścił tutaj wodze wyobraźni, w efekcie czego na kartach „Wirusa” mamy niepohamowane szaleństwo, które pewnie nie wszystkim podejdzie. Z drugiej strony mamy to, czego chcieliśmy – campowy, abstrakcyjny, czysty horror, tak podobny do tych, które umilały nam życie w latach 80-tych czy 90-tych. Niezależnie jednak od tematyki jedna rzecz się nie zmieniła – Graham Masterton wciąż pisze fantastycznie, a kolejne rozdziały pochłania się po prostu niezwykle szybko i łatwo. Ja cieszę się, że pisarz powrócił do gatunku, który dał mu międzynarodową sławę, a słowa o tym, że kolejne horrory są w drodze, cieszą mnie tak samo jak kilkanaście lat temu.



Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Rebis

Rok wydania: 2018

Liczba stron: 392

Ocena recenzenta: 8/10


13:20, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 marca 2018
„Martwi za życia” to siódma i jak doskonale wiemy nie ostatnia część przygód pięknej Irlandki Katie Maguire, rasowej pani detektyw z poważnymi problemami osobistymi. Graham Masterton nigdy wcześniej nie stworzył tak obszernego cyklu powieściowego i zakładam, że nigdy już nie stworzy. Fani ponurych thrillerów nie powinni być zawiedzeni, ale i miłośnicy motywów rodem z horrorów gore znajdą w najnowszej powieści coś dla siebie. Tym razem nawet ja czułem mdłości podczas lektury, co ostatnio zdarzyło mi się chyba przy „Białych kościach”, czyli pierwszym tomie cyklu.

Katie Maguire nie ma łatwo, a w Cork, w którym pracuje, nadal popełniane są kolejne, bardziej śmiałe i makabryczne zbrodnie. Fala narkotyków wciąż zalewa miasto, a przestępcy znajdują coraz skuteczniejsze sposoby na ich przemyt. Na dodatek zaczynają znikać ludzie, którzy są niezwykle brutalnie okaleczani i wykorzystywani do działalności szmuglerskiej. Jakby tego było mało, w okolicy działa dobrze zorganizowany gang złodziei psów, które następnie biorą udział w bardzo dochodowych, ale i brutalnych nielegalnych walkach. Jako wielki miłośnik zwierząt za opis jednej z nich miałem ochotę znienawidzić Mastertona i już nigdy nie przeczytać żadnej jego książki. Tak właśnie pisarz potrafi działać na czytelników.

Katie jak zwykle ma więc na głowie kilka śledztw, ale to nie koniec problemów. Po pierwsze, w jej komisariacie wciąż pracują ludzie, którzy chcą zniszczyć jej reputację i pozbawić stanowiska. Po drugie, pod jej opiekę trafia John, niegdysiejszy kochanek, a obecnie pozbawiony nóg i kompletnie przybity wrak człowieka. Co więcej, Katie wbrew sobie zaczyna postrzegać partnera jako ciężar, a jej wewnętrzne uwięzienie pomiędzy wypaloną miłością a poczuciem lojalności i odpowiedzialności stanowi jeden z ciekawszych elementów powieści. Masterton świetnie uchwycił psychikę kobiety, która się miota i musi poddać się odczuciom, które niekoniecznie czynią z nią w stu procentach pozytywną bohaterkę. Sprawienie, by po siedmiu tomach powątpiewać w sympatię do powszechnie uwielbianej postaci? To najlepszy dowód pisarskiego kunsztu Grahama.

No właśnie, Maguire przechodzi w siódmym tomie kolejną sporą przemianę. Mam wrażenie, że z każdą kolejną częścią przestaje być krystalicznie czystą podporą całego swojego świata, a zaczyna popełniać błędy, kierować się namiętnościami, czy wreszcie bardziej egoistycznymi pobudkami. Nadaje to bohaterce realizmu, a w jej postaci możemy przejrzeć się jak w lustrze, chociaż nie ma gwarancji, że spodoba nam się to, co zobaczymy.

„Martwi za życia” kazały mi się zastanowić, ile jeszcze nieszczęść może spaść na jedną osobę, szczególnie że zakończenie powieści nie pozostawia wątpliwości, iż w kolejnym tomie Katie znów nie będzie miała łatwego życia, a wszystko, co w jej życiu wydawało się dobre, może okazać się iluzją.

Siódmy tom można oczywiście przeczytać bez znajomości poprzednich przygód Katie Maguire, ale zdecydowanie nie polecam tego robić, bo świat i postacie wykreowane w tej serii przez Mastertona jakby częściej łączą się ze sobą w coraz wyraźniejszy sposób, a w treści odnajdziemy nawiązania do poprzednich odsłon, nawet tych najwcześniejszych. Aby w pełni docenić obraz zmian, jakie zaszły w życiu prywatnym Katie, warto po prostu znać poprzednie wydarzenia.

Powieść jest dość obszerna, przez co zdarzają się nieco nużące momenty, ale koniec końców to przecież Masterton, który jak nikt inny potrafi uśpić czujność czytelnika, by za moment wyrwać go z marazmu jakimś szokującym wydarzeniem lub gwałtownym zwrotem akcji. Brutalne opisy budzą grozę i wywołują ciarki. Wcale nie odstają od makabrycznych wydarzeń opisanych w najmroczniejszych horrorach Brytyjczyka, a kiedy zdajemy sobie sprawę, że tym razem za masakrę nie odpowiada demon, duch czy diabeł, tylko człowiek, który równie dobrze może być naszym sąsiadem, wrażenie zostaje tylko spotęgowane.

W serii o Katie Maguire nigdy nie chodziło o same zagadki kryminalne – te, wbrew pozorom, często są dość oczywiste. Autor nie ukrywa wskazówek przed czytelnikiem, przeciwnie, większość rzeczy wyjaśnia od razu, skupiając się na zupełnie innych aspektach. I to właśnie warstwa obyczajowa, psychologiczna, jest najważniejsza zarówno w „Martwych za życia”, jak i w poprzednich odsłonach cyklu. Cyklu, który przecież nieprzypadkowo osiągnął bardzo duży sukces.



Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2018

Liczba stron: 448

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 8/10

14:58, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 maja 2017
W maju nakładem wydawnictwa Albatros ukazała się szósta już odsłona przygód Katie Maguire – sztandarowej bohaterki, wykreowanej przez Grahama Mastertona, która z powodzeniem zastąpiła Harry’ego Erskine’a, Jima Rooka czy Wojowników Nocy, niegdyś postaci najbardziej rozpoznawalnych i kojarzonych z brytyjskim autorem. Dziś to Katie wiedzie prym, a książki z jej udziałem sprzedają się coraz lepiej – na tyle dobrze, że pisarz ma już zakontraktowane minimum 10 powieści z dzielną panią detektyw. Nic w tym dziwnego, wszak nie od dziś wiadomo, że kobiece bohaterki wychodzą Brytyjczykowi najlepiej. Sprawdzamy, czy „Pogrzebani” trzymają wysoki poziom całej serii.

Podobnie jak w poprzednim tomie, czyli „Siostrach krwi”, Katie Maguire zajmuje się kilkoma sprawami. Z jednej strony rozpocznie śledztwo dotyczące całej rodziny, zamordowanej i ukrytej pod deskami podłogowymi dziewięćdziesiąt lat wcześniej. Morderstwo miało charakter polityczny i sięga czasów, kiedy to narastający od dziesięcioleci, krwawy konflikt republikanów i lojalistów zaczynał się dopiero kształtować.

Drugi wątek, który Masterton wplótł w fabułę powieści, jest o wiele bardziej osobisty. Katie zadziera z pewnym niebezpiecznym gangsterem, trzęsącym kilkoma biznesami w Cork, między innymi przemytem papierosów. Bobby Quilty pozostaje nieuchwytny, ponieważ umiejętnie zaciera ślady, a wszyscy, którzy mogliby złożyć obciążające go zeznania, znikają z powierzchni ziemi. Gdy w wyniku konfrontacji w makabrycznych okolicznościach ginie jeden z funkcjonariuszy Gardy, a Katie postanawia zacisnąć pętle na szyi przestępcy, ten porywa dwie osoby bardzo bliską sercu Pani Maguire. Dla naszej bohaterki rozpocznie się dramatyczny wyścig z czasem, w której stawką jest ludzkie życie. 

„Pogrzebani” to kolejna solidna opowieść, która potrafi wciągnąć od pierwszych stron. Ponownie można przeczytać ją bez znajomości poprzednich tomów, aczkolwiek kilka wątków, szczególnie tych z prywatnego życia Katie, ma charakter powracający. Więcej z lektury wyciągną więc ci czytelnicy, którzy już wcześniej mieli styczność z przygodami Pani Maguire.

Aby jeszcze bardziej cieszyć się powieścią, warto we własnym zakresie poszukać materiałów o mrocznej stronie historii Irlandii, zwłaszcza tej związanej z IRA, wojną domową czy konfliktem, o którym mowa w powieści. Tym razem autor dość oszczędnie przedstawia tło historyczne, zakładając, że czytelnik jest świadomy tych faktów. Jeśli jednak nie słyszeliście wiele o brutalnych zamachach bombowych, a także spiskach i zdradach, których nie zapomina się przez wieki, polecam nadrobić zaległości.

Na 460 stronach autor przygotował kilka gwałtownych akcji, fabularne twisty, nieco przemocy i szczyptę seksu, czyli to, czego możemy z grubsza spodziewać się po jego twórczości. Podobnie jak w poprzednich odsłonach, także i tutaj wydźwięk zakończenia pozostaje nieco gorzkawy, po raz kolejny udowadniając, że z serii o Katie Maguire wyszedłby świetny serial telewizyjny z mocnymi cliffhangerami na koniec każdego z sezonów. Może któraś z wytwórni wreszcie zdoła to zauważyć?

Szczególną przemianę widać po samej Katie, która w swoich poczynaniach posuwa się coraz dalej, podejmując nieraz zbędne ryzyko, a także przekraczając kolejne granice. Finał „Pogrzebanych” nie pozostawia złudzeń, że życie naszej bohaterki może już nigdy nie wyglądać tak samo. Czy konsekwencje podjętych przez nią decyzji dościgną ją w kolejnym tomie? O tym przekonamy się, kiedy światło dzienne ujrzy w Polsce „Living death”, siódma część, tym razem poświęcona tematyce handlu narkotykami.




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2017

Liczba stron: 464

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 8/10
16:35, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 października 2016
Dzielna irlandzka komisarz Katie Maguire nie próżnuje – światło dzienne ujrzał właśnie piąty tom jej przygód, w którym bohaterka zajmuje się nie jedną, a kilkoma sprawami kryminalnymi. Wraz z premierą nowej książki Graham Masterton odwiedził Polskę i na cyklu spotkań opowiadał o przyszłości tej serii. Fani thrillerów pióra mistrza grozy mogą spać spokojnie – autor pracuje właśnie nad ósmą odsłoną, a na dzień dzisiejszy wiemy już, że książek o Katie ma być przynajmniej dziesięć.

W „Siostrach krwi” Masterton ponownie dotyka tematyki religijnej. Już w „Upadłych aniołach” mieliśmy do czynienia z trudnym i szokującym zagadnieniem, jakim była pedofilia wśród księży. Tym razem na celowniku są siostry zakonne, które w przeszłości dopuściły się przerażających czynów, przez co stają się ofiarami sadystycznego mordercy. Niektóre zbrodnie opisane przez autora są wyjątkowo karykaturalne, ale sprawca osiąga swój cel – wszyscy o nim mówią. Czy Katie zdąży go wytropić, zanim kolejne zakonnice zginą w męczarniach?

To jednak nie wszystko – Masterton bowiem umiejętnie połączył w powieści kilka wątków. Kolejnym z nich są oszustwa, jakich dopuszczają się uczestnicy wyścigów konnych, aby zgarnąć naprawdę duże pieniądze. Nie można też zapominać o życiu prywatnym Katie, które w ostatnim tomie mocno się pokomplikowało, co oczywiście przyniesie ze sobą srogie konsekwencje. Tym razem ktoś dodatkowo czyha życie naszej bohaterki, ale kto i dlaczego – to musicie już odkryć sami. Tak, wątki obyczajowe ponownie wychodzą autorowi jeszcze lepiej, niż kryminalne. Przeszłość Katie jeszcze niejeden raz odbije jej się czkawką.

Masterton zrobił tym razem coś, co osobiście w książkach uwielbiam, mianowicie pociągnął dalej wątki z poprzednich tomów. Oczywiście „Siostry krwi” nadal można czytać jako osobną, samodzielną powieść, ale wszystkie smaczki docenią wyłącznie ci, którzy pamiętają lekturę poprzednich książek i tym razem jest to zaznaczone jeszcze wyraźniej.

Same sprawy kryminalne również wyglądają w tym tomie nieco lepiej: nadal są dość przewidywalne, ponieważ tożsamość morderców ujawniana jest nieco wcześniej, niż w klasycznych thrillerach, ale jak wspominałem, nie to jest tu najważniejsze. Liczy się ponury klimat, a trzeba przyznać, że w przygodach nadkomisarz Maguire rzadko jest miejsce na happy end.

Książką nie zawiodą się ci, którzy lubią dobrze napisane powieści, chociaż niesforne próby tłumaczenia mowy z Cork w niektórych momentach psuły wrażenia z lektury. Masterton nadrabia jednak stylem, który doskonale znamy od przeszło 40 lat. Bywa zabawnie, bywa makabrycznie i krwawo (fani horrorów Brytyjczyka powinni poczuć się jak w domu), ale i dramatycznie. Powieść jest długa, liczy blisko 500 stron, a lektura i tak się nie dłuży. Fani autora, których przecież w Polsce wciąż nie brakuje, pewnie pochłoną ją w góra dwa czy trzy wieczory.

Podobnie jak w poprzednich tomach, pisarz zdecydował się na cliffhanger na końcu, który nie będzie nam dawał spokoju, aż do kolejnej odsłony przygód Katie. Pozostaje więc mieć nadzieję, że Wydawnictwo Albatros szybko zdecyduje się wydać kolejne książki z tej serii. Ale to zapewne dopiero na wiosnę.




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 496

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 8/10
13:50, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 kwietnia 2016
Popularność serii o przygodach Katie Maguire nie słabnie, nie tylko za granicą, gdzie poszczególne tomy wciąż zajmują wysokie miejsca na liście bestsellerów Amazon Kindle, ale i w Polsce, gdzie powieść „Uznani za zmarłych” już pierwszego dnia stała się hitem, a wszystkie wydrukowane egzemplarze zostały dostarczone do sprzedawców. Rzeczona książka to czwarta już opowieść o dzielnej irlandzkiej nadkomisarz i właśnie doczekaliśmy się jej krajowej premiery. Czy możemy mówić o spadku, czy raczej o zwyżce formy?

Nadkomisarz Maguire miała już do czynienia z brutalnym seryjnym mordercą, z pedofilią wśród księży, z prostytucją i handlem żywym towarem, a obecnie będzie musiała zmierzyć się z organizacją przestępczą, nazywającą samych siebie Arcykrólami Irlandii. Porywają i torturują przedsiębiorców, których biznes podupada, w wyniku czego musieli oni zadłużyć się, masowo rujnując gospodarkę „celtyckiego tygrysa”. Zapłacą za to zdrowiem lub życiem, nawet jeśli rodziny zdecydują się na przekazanie okupu. Kto stoi na czele tajemniczej organizacji i jaki jest jego cel? Tego dowiecie się, jeśli sięgnięcie po tę książkę.

To, co stanowi o sile powieści, to równoległe rozwijanie wątków prywatnych, dotyczących zarówno Katie, jak i śledztwa, które prowadzi. Nawet jeśli to drugie kuleje, stojąc często w martwym punkcie, od lektury nie można oderwać się ze względu na świetny warsztat autora oraz interesujące wątki poboczne, rozpoczęte w poprzednich książkach i obecnie kontynuowane. To mechanizm, powtarzający się z tomu na tom, gdzie to nie tożsamość i motywacja mordercy są najważniejsze, a odczucia głównej bohaterki i jej zmagania z problemami sercowymi czy seksizmem w pracy.

Jak przystało na Mastertona, „Uznani za zmarłych” potrafi zaserwować brutalne i krwawe sceny, chociaż jest ich wyraźnie mniej, niż zazwyczaj. Katie jest coraz bardziej zdeterminowana, by powstrzymać sprawców, ale rzucane jej pod nogi kłody nie ułatwiają pracy. Czytelnicy pokochali bohaterkę taką, jaka jest: niezłomną, twardą i silną, ale jednocześnie kruchą, po przejściach i stosunkowo łatwą do zranienia. Nic dziwnego – Brytyjczyk specjalizuje się w kreowaniu kobiecych postaci i od lat przychodzi mu to z ogromną łatwością. Tym razem Katie sprawia jednak wrażenie kompletnie nie panującej nad swoim życiem, zarówno prywatnym, jak i zawodowym. Nie wiem na ile jest to celowy zabieg: pokażą to zapewne następne tomy.

Najwięcej zarzutów mam do finału powieści, a właściwie kulminacyjnego momentu śledztwa, czyli rozwiązania zagadki. Powiedzieć, że następuje ono przypadkiem, to jak nie powiedzieć nic. Gdyby uwiarygodnić ten motyw, książka zamiast 480 stron, mogłaby być trzy razu krótsza. Jednak i tutaj nadrabia wątek prywatnych spraw Katie i ostatnia scena, która z wypiekami na twarzy każe czekać na kolejny tom.

Wasze wrażenia z lektury w dużej mierze zależeć będą od oczekiwań. Jeśli szukacie w książce dobrego pisarstwa i ludzkiego pierwiastka, bez wahania sięgnijcie po „Uznanych za zmarłych” – w tym kontekście to nadal bardzo dobra rzecz. Nieco rozczarują się fani skomplikowanej, co chwila mylącej tropy intrygi, ale rasowych kryminałów mamy przecież na półkach pod dostatkiem. Pozostaje tylko liczyć, że kolejne tomy będą trzymały jeszcze wyższy poziom, a życie Pani Maguire ponownie się skomplikuje.

P.S. Czy Wy też uważacie, że to świetny materiał na serial?




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 480

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 7/10
14:04, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 listopada 2015
„Szkarłatna wdowa”, od momentu ogłoszenia prac nad nią pod koniec 2012 roku, owiana była tajemnicą. Pierwsze przecieki dotyczyły gatunku, który miał być połączenie horroru, kryminału i powieści historycznej. Fabuła z kolei umiejscowiona miała zostać w XVIII-wiecznej Nowej Anglii. Z końcem października otrzymaliśmy polską premierę powieści. Warto zaznaczyć, że jest to również premiera światowa, ponieważ na anglojęzycznych rynkach „Scarlet Widow” ukaże się dopiero w 2016 roku.

Tytułowa bohaterka powieści to Beatrice Scarlet, córka londyńskiego aptekarza, która już od dziecka poznawała tajniki pracy z ziołami i chemikaliami. Po tragediach, jakie dotknęły dziewczynę za młodu, decyduje się zostać żoną pastora i wyjechać do Ameryki, gdzie będzie mogła zamieszkać w spokojnej wsi.  Sielanka nie trwa jednak długo. W osadzie naszej bohaterki zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw chorują zwierzęta: świnie, bydło i ryby, potem przychodzi kolej na ofiary w ludziach. Lokalna społeczność jest coraz bardziej zastraszona, zwłaszcza że w miejscach zbrodni pojawiają się dziwne ślady, jednoznacznie wskazujące na działalność sił nadprzyrodzonych. Zabobonni ludzie są w stanie zrobić wszystko, byleby uchronić się przed zgubnym wpływem Szatana. Jednak Beatrice, racjonalistka z natury, za punkt honoru stawia sobie udowodnienie, że za wszystkimi tajemniczymi przypadkami stoi bezwzględny człowiek.

Sama postać Beatrice jest podobna do stworzonej w innej serii książek osoby Katie Maguire: to twarda, odważna kobieta, która jednak czasem daje się ponieść kolejom losu, nie bardzo mając na nie wpływ. Miłośnicy opowieści o irlandzkiej pani detektyw powinni więc z łatwością utożsamiać się z nową bohaterką, która na pewno powróci w zapowiedzianym niedawno sequelu „Szkarłatnej wdowy”.  Najnowszą książkę Mastertona trudniej będzie natomiast polubić tym, którzy liczyli na mroczną i krwawą opowieść z twistami fabularnymi godnymi najlepszych kryminałów. Owszem, książka ma kilka gwałtowniejszych momentów, jednak to za mało, by nazwać ją powieścią grozy.

Najmocniejszym elementem „Szkarłatnej wdowy” jest klimat XVIII-wiecznej wsi: ponury, mglisty i deszczowy. Widać, że autor włożył sporo pracy w research, zanim zabrał się za pisanie. Musiał poznać zwyczaje codziennego życia, sprawdzić jak się ubierano, jak mieszkano czy wreszcie jakie prace wykonywano każdego dnia. Dodajcie do tego plastyczny i obrazowy styl Mastertona i otrzymacie książkowy wehikuł czasu, który z miejsca przenosi nas ponad 250 lat wstecz.

„Szkarłatna wdowa”, jak już wspomniałem, to dopiero pierwsza część historii Beatrice Scarlet. Można zarzucić jej prostą i przewidywalną fabułę, ale celem autora było tu bardziej nakreślenie bohaterki i jej najbliższego otoczenia i oswojenie nas z tajemniczym klimatem XVIII-wiecznego New Hampshire. Jego barwne opisy zaostrzają po prostu apetyt na więcej i więcej i liczę, że dostanę to w kolejnym tomie. Wymyślone przez autora tło ma duży potencjał, kolejne historie związane z Beatrice powinny być więc bardziej porywające, zwłaszcza że autor zostawił ją w bardzo niekomfortowej sytuacji…



Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2015

Liczba stron: 400

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 7/10


17:32, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 września 2015

Stało się. Po 36 latach za sprawą Wydawnictwa Albatros ukazała się druga saga historyczna stworzona przez Grahama Mastertona, a zarazem najdłuższa powieść, jaką kiedykolwiek napisał. Oryginalny maszynopis z końca lat 70-tych miał grubo ponad 1000 stron, przez co autor został zmuszony przez redaktora do wycięcia sporej części materiału z ostatecznej wersji. Podobno pomogło wyrzucenie opisów konsumpcji na wystawnych kolacjach.

Zastosowanie słowa „saga” chyba najlepiej odda to, czym „Dynastia” jest w rzeczywistości. Historia rodziny Corneliusów zaczyna się wraz z przybyciem biednego, holenderskiego imigranta Johanna do USA na początku XX wieku. To czas, kiedy kształtowało się wiele gałęzi przemysłu, a nasz bohater posiadał głowę pełną pomysłów, ale nie miał grosza przy duszy. Pierwsze otrzymane pieniądze zainwestował, tylko po to by kilkadziesiąt lat później mógł umrzeć jako jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych magnatów w Ameryce.

„Dynastia” opowiada o trzech pokoleniach rodziny, która miała tyle pieniędzy, że nie była w stanie ich wydać nawet kupując dziennie po kilka Cadillaców. Corneliusowie zarabiali na wielu różnych dziedzinach przemysłu: od awiacji, po chemię, ubezpieczenia, stocznie i farmaceutyki. Jednak dojście do gigantycznego bogactwa wiąże się z szeregiem wyrzeczeń i to właśnie o nich jest ta powieść.

Na prawie 800 stronach Masterton opisuje miłości i namiętności, zdrady i sojusze, oszustwa i szczere wyznania, zbrodnie i koneksje wielkiego biznesu z wielką polityką i przestępczym półświatkiem. Bohaterowie powieści, chociaż mogą kupić wszystko, niejednokrotnie będą mieli trudności z odnalezieniem siebie w błyszczącym, pełnym przepychu świecie. Niektórych pieniądze zepsują do szpiku kości, inni stracą wszystko co mieli, jeszcze inni będą starali się do końca trzymać fason i zachować resztki człowieczeństwa.

„Rich” to książka, którą można przeczytać jednym tchem, ale warto również tygodniami rozkoszować się każdym rozdziałem. Co jakiś czas autor raczy nas kilkuletnimi przeskokami w czasie, kiedy okazuje się, że karty rozdane są zupełnie inaczej. Świetnie i wiarygodnie wykreowane postacie napędzają narrację, błyskotliwe dialogi bawią, wzruszają, ale i zmuszają do refleksji, a dramatyczne wydarzenia na długo zostaną w pamięci.

Jeśli kiedyś zarzucaliście Mastertonowi, że nie dba o detale, a jego dzieła składają się głównie z pędzącej na łeb na szyję akcji, powinniście natychmiast sięgnąć po „Dynastię”, która jest najlepszym dowodem, że Brytyjczyk jest jednym z najbardziej utalentowanych pisarzy świata. Książka potrafi trzymać w napięciu równie skutecznie co najlepsze horrory i thrillery Brytyjczyka. Co więcej, w powieści nie ma przestojów, a jej długość jest wyłącznie zaletą. Kiedy akcja przyspiesza, a „Dynastia” ma się ku końcowi, czytelnik odnosi wrażenie, że nawet wydłużenie jej o kolejne 700 stron wyszłoby na plus.

Podobnie jak wydane w zeszłym roku „Imperium”, nowa-stara powieść historyczna Mastertona to gorzka i niejednoznaczna, napisana z przeogromnym rozmachem opowieść, do której z pewnością będę chciał wracać. „Dynastia” na nowo rozbudziła mój apetyt na sagi historyczne i chociaż szanse na nową książkę z tego gatunku są znikome, marzy mi się aby Wydawnictwo Albatros (czy jakiekolwiek inne) wydało po polsku trzy brakujące jeszcze perełki z lat 70. i 80. – „Heartbreakera”, „Corroboree” oraz „Silver”.



Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2015

Liczba stron: 768

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 9/10



16:40, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2015
Kiedy trzy lata temu pisałem recenzję „Upadłych aniołów”, zachęcałem Was do sięgnięcia po portfele, tak aby książkowy cykl o przygodach dzielnej Katie Maguire mógł być kontynuowany. Dziś wiemy, że radę tę do serca wzięło sobie wiele osób na całym świecie. Graham zapowiedział właśnie szósty tom serii, a każdy poprzedni trafiał na listy bestsellerów Amazon Kindle. W Polsce doczekaliśmy się właśnie trzeciej odsłony zatytułowanej „Czerwone światło hańby”.

Założeniem nowych tomów jest poruszanie istotnych i aktualnych tematów, związanych nie tylko z Irlandią, ale też z innymi krajami. W kontrowersyjnych „Upadłych aniołach” Graham opisywał proceder pedofilii wśród księży, natomiast w „Czerwonym świetle hańby” dotyka handlu żywym towarem i zmuszania młodych, często nieletnich dziewcząt do prostytucji. Seksbiznes to podobno stale rozwijająca się gałąź w Cork, gdzie umiejscowiona jest akcja powieści.

Książka rozpoczyna się od znalezienia straszliwie okaleczonych zwłok czarnoskórego alfonsa. Ofiarę  pozbawiono dłoni, a jej twarz została zmasakrowana strzałem z broni palnej z bliskiej odległości. Przy ciele siedziała natomiast zastraszona i zaniedbana dziewczynka. Sprawa trafia na policję, a prowadzi ją doskonale znana i lubiana Katie Maguire. Wkrótce okazuje się, że kolejne osoby związane z seksbiznesem znajdują się na celowniku tajemniczej morderczyni. Katie natomiast stanie przed dylematem – czy pozwolić osobie działającej poza prawem na eliminację kolejnych szumowin czy też wytropić i zaaresztować zabójcę.

„Czerwone światło hańby” to konstrukcyjnie powieść bardzo podobna do „Upadłych aniołów”, posiadająca wszystkie zalety poprzedniczki, ale również i jej wady. Z pewnością jest to książka doskonale napisana, ale warsztat literacki Mastertona już dawno został opanowany do perfekcji. Powieść czyta się szybko, rozkoszując zgrabnymi opisami i detalami. Fanów cyklu z pewnością ucieszy fakt, że tym razem autor nawiązuje do wydarzeń opisanych w poprzednim tomie, co wcale nie jest takie oczywiste w jego twórczości. Powtarzają się więc fakty z życia Katie i jej rodziny, postacie drugoplanowe i inne szczegóły.

Nie nastawiajcie się jednak na wielką, kryminalną zagadkę – u Mastertona tożsamość i motywy mordercy ujawnione są zdecydowanie zbyt szybko, przez co książka nie obfituje w zwroty akcji. Cała uwaga koncentruje się tu na osobie Katie i na wydarzeniach z jej życia, które jak pamiętamy potrafią być tragiczne. W tym segmencie książka już potrafi zaskoczyć, chociaż dopiero pod sam koniec.

Jeśli tęskniliście za dawką emocji, „Czerwone światło hańby” z pewnością ich Wam dostarczy. Fani poprzedniej odsłony nie będą zawiedzeni, mamy tu bowiem wszystko, za co pokochaliśmy „Upadłe anioły” – wyrazistą bohaterkę, malowniczą Irlandię, dramatyczny temat i odpowiednią dozę brutalności. Zakończenie pozostawia drobny niedosyt i każe nam oczekiwać na kolejną część przygód Katie. Ta natomiast nie została w Polsce póki co jeszcze zapowiedziana przez żadne z wydawnictw…




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2015

Liczba stron: 416

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 8/10


23:27, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (3) »
środa, 19 listopada 2014

Antologia opowiadań OBLICZA GROZY jakiś czas jest już na rynku, a i zaczynają pojawiać się recenzje tejże książki. Czytelnicy sporo uwagi poświęcają również premierowemu na polskim rynku opowiadaniu Grahama Mastertona - NOCY WENDIGO. Pozwalamy sobie opublikować kilka fragmentów tyczących się bezpośrednio opowiadaniu Brytyjczyka ze zbioru OBLICZA GROZY. A tych, którzy książki jeszcze nie posiedli, zachęcamy do zakupu!


Opowiadanie chwyta od pierwszych słów za twarz, potem lekko ją wykręca, tak że usta mimowolnie się otwierają i w tej pozycji trzyma ją do końca. Choć jest to prosta historia, to jednak dziwnym zbiegiem okoliczności od miejsca, w którym się zaczyna czytamy ją trzymając prawą kartkę tak by niespostrzeżenie ją przewrócić i nie stracić na moment akcji.

-- Moznaprzeczytac.pl


Napięcie narasta niczym w rasowej powieści sensacyjnej. Seria nadzwyczajnych morderstw, jakie mają miejsce w jednym z pokrytych śniegiem, cichych miasteczek "na północ od trzydziestego piątego równoleżnika", nie może być dziełem człowieka - Masterton wprowadza zatem paranormalnego bohatera, który na nieco ponad 30 stronach nieco wstrząśnie racjonalnym światem. A robi to w sposób przyjemny w odbiorze, z zastosowaniem płynnego języka, bez skupiania się na mało istotnych detalach, czyli jak w rasowym opowiadaniu być powinno.

-- Horror Online


Długie i bardzo dobre opowiadanie. Sporo plusów, między innymi za kreację bohaterów i klimat historii - małe miasteczko, zima, las... Z całą pewnością jeden z lepszych kawałków Mastertona z rodzaju short fiction.

-- FB Książki, które trzeba przeczytać


11:56, mictlantecutli , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 sierpnia 2014
To nie pierwszy raz, gdy spod pióra Grahama Mastertona wychodzi powieść katastroficzna, jednak od premiery ostatniej jego książki w tym gatunku minęło już grubo ponad 30 lat. Na nasze szczęście Brytyjczyk postanowił powrócić do tej tematyki. Tym razem, zainspirowany wydarzeniami, które miały miejsce w USA w 2012 roku, autor wziął na warsztat klęskę suszy.

Akcja osadzona została w San Bernardino w Kalifornii, gdzie od wielu miesięcy nie spadła ani kropla deszczu, a mieszkańcom dokuczają prawie 40-stopniowe upały. Nieracjonalna polityka lokalnych władz doprowadza do sytuacji, w której politycy decydują się odciąć dopływ bieżącej wody do wybranych dzielnic. Pierwotnie planowany „system rotacyjny”, mający traktować wszystkich obywateli równo w obliczu kryzysu, szybko okazuje się być picem na… nomen omen wodę. Gubernator Halford Smiley ma bowiem plan by podzielić swój okręg na lepszych i gorszych, w wyniku czego gdy biedni ludzie umierają z pragnienia, bogaci nawadniają swoje pola golfowe, popijając najdroższe drinki. Jak można się domyślić, szybko doprowadza to do buntów i zamieszek. Fala morderstw, gwałtów i kradzieży przetacza się przez ulice Kalifornii.

Masterton nie byłby sobą, gdyby w obliczu nakreślonego globalnego problemu nie skupił się na dramacie jednostki. Martin Makepeace, były marine, a obecnie pracownik socjalny, musi pomóc swojemu synowi niesłusznie oskarżonemu o gwałt na młodej dziewczynie (opisany w mocnej scenie przywodzącej na myśl pierwsze rozdziały „Walhalli” czy „Czarnego anioła”). Ojciec robi dla swojego dziecka to co potrafi najlepiej – siłą wydostaje go z więziennego konwoju. Jego czyn doprowadza do starcia z brutalną i agresywną korporacją najemników, wynajętą przez Gubernatora do zaprowadzenia porządku. Martin może tylko uciekać, a celem jego podróży jest tajemnicze jezioro, ukryte rzekomo gdzieś w Parku Narodowym Joshua Tree.

Autor umiejętnie łączy w „Suszy” wątki katastroficzne z dramatycznymi oraz tymi, które wyróżniają jego rasowe thrillery. Powieść od początku trzyma w napięciu nie tylko ze względu na przerażającą, realną grozę opisywanej klęski ekologicznej, ale także z powodu licznych, wybuchowych scen, w których główny bohater bierze udział. Spektakularnych akcji jest tu sporo i chętnie zobaczyłbym kiedyś tę książkę przeniesioną na duży ekran.

Masterton nie spieszy się do konkluzji – zanim to nastąpi, przeczołga Martina przez wiele trudnych sytuacji. Autor nie boi się portretować dramatycznych i wzruszających sytuacji, ale oszczędzę Wam szczegółów, by nie psuć przyjemności płynącej z lektury. To bardzo dobra powieść, z gatunku którego brak doskwierał mi bardzo w bibliografii Mastertona. Są tu wyraziści bohaterowie, zwroty akcji, sceny erotyczne i nieustanne napięcie, przez które ciężko odłożyć książkę z powrotem na półkę.




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2014

Liczba stron: 400

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 8/10



20:00, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 sierpnia 2014
Kto by przypuszczał, że w 2014 roku do rąk polskich czytelników trafi kolejna powieść z serii Manitou? Zresztą nawet sam Graham zadeklarował kiedyś definitywne zakończenie tego cyklu wraz z wydanym w 2010 roku "Armagedonem". Jak widać upływ czasu zweryfikował jednak poglądy autora i ku mojej uciesze pojawiła się "Infekcja".

W kolejnym starciu z magią rdzennych mieszkańców Ameryki naszemu milusińskiemu jasnowidzowi towarzyszyć będzie epidemiolog Anna Grey. Wystarczy zestawić tytuł powieści ze specjalizacją pięknej pani profesor i przepis gotowy. To właśnie za pomocą zabójczego wirusa ma się dokonać odwieczna zemsta Algonkinów na białym człowieku. Ludzie giną w makabrycznych okolicznościach, zjawiska nadprzyrodzone stają się codziennością, a w sam środek tego szaleństwa wrzuceni zostają nasi bohaterowie. Na Harrym nie robi to zbytniego wrażenia, ale dla Anny będzie to prawdziwa próba charakteru.

Cykl "Manitou" zajmuje w mym sercu szczególne miejsce, ponieważ od niego wszystko się zaczęło. Każda kolejna książka (niekoniecznie napisana przez Grahama), poruszająca tematykę Indian jest teraz dla mnie czymś wyjątkowym. Jednakże "Infekcja" jest już szóstą odsłoną tej serii i jednocześnie drugim tomem, do którego mam małe ale.

Magia czerwonoskórych wydaje się być w rękach Grahama tematem rzeką i niewyczerpanym źródłem pomysłów na kolejne książki. Dlaczego więc już po raz drugi autor posiłkuje się ciemną stroną mocy z zupełnie innej bajki? Jakoś to wszystko dziwnie było ze sobą powiązane. Traci przez to wątek braci, jak i samej historii związanej z ich plemieniem. Poza tym to pierwszy raz, kiedy zabrakło Misquamacusa i Śpiewającej Skały. Przecież tak nie można.

Kolejna sprawa, to zbyt częste przemycanie do składowych cyklu wątków katastroficznych. Jak widać Graham wyszedł z założenia, że każdy kolejny tom musi być napisany z większym rozmachem. Tylko po co, skoro "Ducha zagłady" i tak nic nie jest w stanie przebić. Wystarczy mniejsze grono ludzi i niewielki skrawek ziemi aby było wspaniale, jak choćby w genialnej "Zemście Manitou". Według mnie, z niektórych składowych tej serii mogłyby powstać dużo ciekawsze, odrębne projekty, a potyczki Harry'ego z Misquamacusem wiele by na tym nie straciły.

Pomimo tych drobnych niedociągnięć książka mi się podobała. Jak to u Mastertona bywa, jest energetycznie i krwiście, od pierwszych stron jesteśmy świadkami makabrycznych zdarzeń, a niektóre pomysły autora są naprawdę odjechane. Zakończenie jest również całkiem niezłe i nie sprawia wrażenia pisanego na kolanie. Nie pogniewałbym się jednak, gdyby "Infekcja" była dłuższa, a ścieżki głównych bohaterów zbiegły się o wiele wcześniej.

Czy powstaną kolejne książki z tej serii? Zapewne tak, chociaż zasadność takiego ruchu niekoniecznie do mnie przemawia. W każdym razie "Infekcję" polecam.




Autor recenzji: Rafał Prokopowicz
Wydawnictwo: Rebis

Rok wydania: 2014

Liczba stron: 344

Format: 13,5 x 21,5


21:31, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 lipca 2014
Minęło blisko ćwierć wieku od momentu kiedy na anglojęzycznym rynku ukazała się ostatnia póki co powieść historyczna Grahama Mastertona. „Imperium” trafiła nareszcie na polski rynek za sprawą wydawnictwa Albatros. Są książki na które warto jest tyle czekać. Na szczęście „Empress” jest jedną z nich.

„Imperium” to osadzona u schyłku XIX wieku epicka opowieść o Lucy Darling, siedemnastoletniej córce sklepikarza z Kansas, która marzy o wielkim, arystokratycznym świecie bogaczy, przepełnionym wystawnymi balami, sutymi obiadami i szeroko pojętym przepychem. W wyniku szalonych zbiegów okoliczności Lucy staje się właścicielką dobrze prosperującego szybu naftowego, przebojem wdzierając się do tak zwanego „towarzystwa”. Piękna dziewczyna rozkochuje w sobie kolejnych bogaczy, ale najlepiej dogaduje się z Henrym Carsonem, który jest na najlepszej drodze by w przyszłości zostać władcą klejnotu w koronie brytyjskiej – Indii.

Zanim Lucy Darling wejdzie jeszcze wyżej, na sam szczyt hierarchii, będzie musiała stawić czoło wielu przeciwnościom losu. Pogoń za szczęściem ma bowiem swoją cenę i jest ona bardzo wysoka. Dziewczyna, która ma wszystko, w każdej chwili może stracić majątek, honor czy rodzinę. Lucy będzie zmuszona podjąć kilka dramatycznych decyzji, które na zawsze zmienią jej życie. I do końca nie wiadomo czy na lepsze czy na gorsze.

Masterton bardzo misternie tka fabułę tej 560-stronicowej powieści. Książka jest bogata w detale, ciekawe opisy i bardzo trafne porównania. Autor zabiera nas w podróż do USA, Anglii i malowniczych, pachnących orientalnymi przyprawami Indii. Trudno uwierzyć, że sam nigdy tam nie był – tak realistyczne są jego opisy. Również bohaterowie to bardzo mocna strona „Imperium”. Postaci jest tutaj sporo, niektóre pojawiają się tylko na moment, ale odegrają w fabule istotną rolę. Sama Lucy to kolejna doskonale wykreowana bohaterka w dorobku Brytyjczyka. Jak Graham wielokrotnie udowodnił, postacie kobiece w jego powieściach są niezwykle prawdziwe, złożone i barwne. Jak on to robi?

„Empress” to opowieść o dążeniu do pieniędzy i władzy, pełna smutku i zgorzknienia, namiętności i tajemnic. Autor świetnie sobie radzi z akcją osadzoną w samej końcówce XIX wieku, czyniąc historię jeszcze bardziej interesującą. Prawda jest taka, że z powieściami historycznymi Masterton radzi sobie równie dobrze co z horrorem, a często nawet po prostu lepiej. Nie inaczej jest i tym razem – „Imperium” to jedna z najlepszych sag w dorobku Brytyjczyka. Chociaż brak jej wielkiego rozmachu (opowiada zaledwie o kilku latach z życia Lucy Darling), ma wszystko co niezbędne by opowiedzieć historię. Historię, w której rzadko jest miejsce na happy end, szczęście jest tylko pozorne, a każda decyzja może mieć nieodwołalne konsekwencje.




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2014

Liczba stron: 560

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 9/10



23:14, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 czerwca 2014
Wydany w 2010 roku „Armagedon” miał być pożegnaniem z kultową serią „Manitou”, od której wielu dzisiejszych horroromaniaków zaczynało swoją przygodę z literaturą grozy. Wielu fanów zdążyło już zatęsknić za sztandarowym bohaterem wykreowanym przez Grahama Mastertona – Harrym Erskinem. Na szczęście autor zmienił zdanie – w zeszłym roku zapowiedziana została „Infekcja”, będąca kolejną częścią legendarnej sagi. Pod pewnymi względami to jednak zupełnie nowa odsłona „Manitou”.

„Infekcja” podzielona jest na dwie wyraźne części, które na zmianę przeplatają się ze sobą, by złączyć się w finale. W pierwszej poznajemy nową bohaterkę, utalentowaną epidemiolog Annę Grey, pracującą w szpitalu w St. Louis nad niebezpiecznym wirusem. Niebawem ludzie zaczynają zapadać na tajemnicze dolegliwości – wymiotują krwią, mają majaki i umierają w męczarniach. Ofiarą pada też życiowy partner Anny, David, co tylko motywuje lekarkę do wytężonej pracy. Szybko okazuje się, że tajemnicza choroba przenoszona jest przez pluskwy, ale ma swoje podłoże w świecie nadprzyrodzonym.

Druga część powieści przedstawia nam starego dobrego Harry’ego Erskine’a, jasnowidza-naciągacza, utrzymującego się z przepowiadania przyszłości starym i bogatym mieszkańcom Miami. Po kilku potyczkach ze swoim nemezis – Misquamacusem, Harry’emu ani śni się ponownie stawać w szranki z niebezpieczeństwem. Jego przeznaczenie ma jednak inne zdanie. Wspomniana plaga pluskiew przenosząca morderczą chorobę to sprawka dwóch potomków przerażającego indiańskiego szamana. Synowie Misquamacusa postanawiają kontynuować krucjatę swojego ojca i sprowadzić na Stany Zjednoczone zagładę, mającą być zemstą za odebranie ziemi jej rodowitym mieszkańcom. Anna i Harry w pewnym momencie będą musieli stawić czoła niebezpieczeństwu i zmierzyć się z przeszłością, której konsekwencje można zaobserwować do dziś.

Pod względem konstrukcyjnym „Infekcji” najbliżej do czwartej części sagi, czyli do „Krwi Manitou”. Tam też mieliśmy do czynienia z krwawymi dolegliwościami, które okazywały się skutkiem przymierza indiańskim demonów z innymi, bardziej współczesnymi białemu człowiekowi. W tym przypadku jest podobnie – oprócz synów Misquamacusa do głosu dojdą też inne nadprzyrodzone zjawiska, w tym przerażające zakonnice zwiastujące tytułową infekcję. Ich aktywność potrafi wrzucić czytelnikowi ciarki na plecy.

Powieść jest dostatecznie długa, poprowadzona dobrze i z odpowiednim tempem. Autor zdecydował się na wprowadzenie balansu pomiędzy opisami i dialogami, odnajdując w tej kwestii złoty środek. Fani z pewnością ucieszą się z powrotu kultowego bohatera, który obok Jima Rooka jest jednym z dwóch najbardziej popularnych postaci kiedykolwiek wykreowanych przez brytyjskiego mistrza horroru. Cieszą także drobne nawiązania do pierwszego tomu – legendarnego „Manitou” z 1975 roku. Aż trudno uwierzyć, że ta historia ciągnie się już prawie 40 lat!

„Infekcja” to dobra powieść, którą docenić powinni szczególnie miłośnicy poprzednich książek z Harrym Erskinem w roli głównej. Szkoda tylko, że w powieści nie znalazło się miejsca dla Misquamacusa, Śpiewającej Skały, Amelii Crusoe czy większych nawiązań do poprzednich części, ale cóż, takie są prawa rynku  - nie można przecież przytłoczyć nowych czytelników, nie obeznanych z poprzednimi odcinkami. Jednak nawet pomimo braku tych elementów najnowszy horror Mastertona to kawał solidnej roboty i kolejna ciekawa przygoda, która zadowoli fanów literatury grozy.



Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Rebis

Rok wydania: 2014

Liczba stron: 344

Format: 13,5 x 21,5

Ocena recenzenta: 8/10


23:04, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 lutego 2014
Kiedy w zeszłym roku „Śpiączka” pojawiła się na anglojęzycznym rynku została ciepło przyjęta i zebrała stosunkowo entuzjastyczne recenzje. Podsycało to tylko oczekiwanie na polską premierą, przekładaną od września ubiegłego roku. W tegoroczne Walentynki otrzymaliśmy jednak upragniony prezent, a „Community” za sprawą Wydawnictwa Albatros stanęła wreszcie na księgarskich półkach. Czy warto było czekać?

Michael i Natasha ulegają wypadkowi w rejonie Gór Kaskadowych. Wracająca samochodem para zostaje staranowana przez inny pojazd. Mężczyzna odzyskuje przytomność w tajemniczej klinice znajdującej się u podnóża malowniczo położonej góry Shasta. Okazuje się, że Michael długo pozostawał w śpiączce, a po przebudzenia doznał niemal całkowitej amnezji. Nie może przypomnieć sobie praktycznie żadnych szczegółów ze swojej przeszłości, na dodatek lekarze i jego rodzina przekonują go, że naprawdę nazywa się Gregory Merrick.

Mężczyzna zostaje ulokowany w pobliskiej osadzie Trinity, gdzie ma zamieszkać z piękną i seksowną Isobel. Terapia trwa, ale Michael z czasem odzyskuje szczątki pamięci. Z jakiegoś powodu nie podoba się to ani lekarzom, ani społeczności niewielkiej osady. Wydaje się, że wszyscy skrywają tutaj jakąś tajemnicę. Wokół Michaela szybko dochodzi do nadnaturalnych, nieprawdopodobnych wydarzeń.

Zawiedzeni będą ci, którzy po „Śpiączce” oczekiwali typowej dla twórczości Mastertona brutalności i krwi. „Community” to spokojne i nastrojowe ghost story, zbliżone bardziej do powieści w stylu „Muzyki z zaświatów”. Michael stopniowo odkrywa prawdę o swojej przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości, a każde kolejne fakty stają się coraz bardziej nieprawdopodobne. Jest w tym wszystkim nuta melancholii, generalnie powieść czyta się więc szybko i dobrze.

Z drugiej strony, „Śpiączka” składa się w większości dialogów. Przeważnie są one dobrze skonstruowane, zabrakło mi jednak większej liczby opisów, aby lepiej wczuć się w tajemniczy klimat osady Trinity.

Nie zawiodą się fani mastertonowskiego seksu – chociaż powieść pozbawiona jest makabry, autor zamieścił gdzieniegdzie soczyste opisy erotyczne. I ponownie, są one ekscytujące, jednak zastanawiam się, czy bez nich książka cokolwiek by straciła. Być może są wrzucone nieco na siłę, ot tak, żeby były.

Być może jako zatwardziały fan mocnych horrorów spod pióra Mastertona nie umieszczę „Śpiączki” w swoim rankingu TOP10 powieści tego wspaniałego autora. Trzeba jednak przyznać, że Graham starł się jak mógł by utrzymać tempo i rozsiać gdzieniegdzie mylące tropy. Jeśli nie uda się Wam ich rozszyfrować, być może odbiór powieści będzie lepszy. Nie odbierajcie tylko książki w kategoriach horroru, bo to nie tylko mylące ale i krzywdzące. Miejscami „Community” to nostalgiczna opowieść o miłości i stracie, w której czuć autobiograficzne echa wydarzenia, które zmieniło również życie samego Mastertona. A ta wartość dodana jest nie do przecenienia.




Autor recenzji: Piotr Pocztarek
Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2014

Liczba stron: 316

Format: 12,5 x 19,5

Ocena recenzenta: 7/10

11:57, piotr.pocztarek , Recenzje
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13