OFICJALNA POLSKA STRONA GRAHAMA MASTERTONA!
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Masterton o...
Recenzje:

darmowe liczniki

Opowiadania i wiersze

czwartek, 22 sierpnia 2013
Tym razem wraz z Grahamem przygotowaliśmy dla Was ogromną niespodziankę. Poniżej możecie przeczytać fragment powieści RED LIGHT, nad którą autor obecnie pracuje. Książka zostanie wydana dopiero wiosną 2014 roku, a na polskie tłumaczenie przyjdzie nam pewnie poczekać jeszcze dłużej, jednak już dziś, jako pierwsi na świecie możecie poznać chociaż kawałek trzeciej części przygód Irlandziej detektyw Katie Maguire. W RED LIGHT zmierzy się ona z handlarzami żywym towarem, ale także z przemocą wobec dzieci. Zapraszamy do lektury!


GRAHAM MASTERTON
RED LIGHT


Katie weszła do pokoju przesłuchań. Było ciemno, ale nie tak bardzo żeby zapalić światło. Ubrana na czerwono kobieta w średnim wieku siedziała na jednym z foteli od Parkera Knolla, ustawionych z prawej strony pomieszczenia. Miała przefarbowane na rudo włosy i ognistopurpurowe policzki, a także linię narysowaną wokół ust. Wyglądała jak ktoś, komu w prezencie ślubnym wyrwano zęby. 
Kiedy Katie weszła, kobieta do połowy podniosła się z fotela, ale Katie wykonała gest ręką w powietrzu, nakazujący jej zostać na miejscu.
- Mary ó Floinn, nadinspektorze – powiedziała scenicznym szeptem. – Z Nasc.
Katie pokiwała głową. Bardziej zainteresowała ją młoda dziewczynka stojąca przy wysokim oknie i wyglądająca przez nie. Okno zdobiły krople deszczu, a na zewnątrz ciemne, pokryte dachówkami dachy były lśniące i mokre. Gdzieś poniżej, mężczyzna ubrany w płaszcz przeciwdeszczowy układał cegły i palił papierosa. Katie nie była pewna czy dziewczyna patrzy na niego czy po prostu gapi się w pustkę.
Z akt przekazanych jej przez Nasc Katie wiedziała, że dziewczynka ma osiem lat, chociaż nie wyglądała na więcej niż pięć. Jej brązowe włosy były potargane i rozwichrzone, a między loczkami Katie mogła dostrzec między brązowe strupy. Była bardzo chuda, z ramionami jak patyki, a jej wychudzenie podkreślała jeszcze długa, szara, dobrze wyprasowana i czysta bawełniana sukienka z różowym haftem na przedzie. Była jednak dla niej o dwa rozmiary za duża.
Katie podeszła do okna i stanęła obok niej. Dziewczynka nie podniosła wzroku i dalej wyglądała na zewnątrz. Miała wysokie czoło, ostre, kanciaste kości policzkowe i ogromne brązowe oczy. Przypominała Katie wróżkę z książeczek z bajkami, które kiedyś czytała jej mama, jeśli nie liczyć zblakłych, żółtych siniaków na lewym policzku i wokół ust, a także purpurowych śladów wokół jej szyi, wyglądających jak ślady po palcach.
- Corina? – zapytała bardzo łagodnie.
Dziewczynka spojrzała na nią, po czym błyskawicznie odwróciła wzrok.
- Corina, jestem Katie. Czy dali ci coś do jedzenia?
- Na lunch jadła paluszki rybne – wtrąciła Mary ó Floinn. – Właściwie to tylko jeden. Miałam wrażenie, że nigdy wcześniej nie dostała więcej i bała się, co się wydarzy jeśli zje kolejnego.
Katie wpatrywała się w Corinę przez dłuższą chwilę. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem czuła tak wielki ból. Musiała odwrócić się od okna, ponieważ miała gulę w gardle i łzy w oczach.
Po chwili jednak przełknęła ślinę, uśmiechnęła się i powiedziała: - Corina, czy możemy usiąść razem i porozmawiać?
Podeszła do uginającej się, bordowej kanapy stojącej w drugim końcu pokoju i usiadła. Corina wahała się przez moment, ale posłusznie podeszła i usiadła obok niej ze spuszczoną głową, wpatrując się w dywan.
- Chcesz trochę czekolady?  - zapytała Katie.
Corina potrząsnęła głową.
- Na pewno? Przecież zjadłaś lunch, prawda? Wolno ci więc zjeść czekoladę.
Mary ó Floinn powiedziała tym samym scenicznym szeptem: -  Jest pewien problem z czekoladą, nadinspektorze.
- Co ma pani na myśli mówiąc „pewien problem”?
- Wzięła z lodówki ząbek czekolady, tylko maleńki kawałeczek, ale Mânios walnął ją tak mocno, że uderzyła głową o betonowy schodek, a potem prawie ją udusił. Więc… pewnie rozumiesz, jest nieco ostrożna jeśli chodzi o czekoladę.
- Rozumiem – powiedziała Katie. Uśmiechnęła się do Coriny, ale za tym uśmiechem ból zamienił się w gniew, silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. W myślach widziała siebie jak opuszcza pokój, znajduje Mâniosa Dumitrescu pijącego w jakimś barze w Cork, wyjmuje swój rewolwer kaliber 38. i strzela mu bez wahania między oczy.
Otworzyła torebkę i wyjęła batonik Milky Bar, który kupiła w kiosku na zewnątrz. – Podzielmy się tym, dobrze? Połowa dla ciebie i połowa dla mnie.
Corina patrzyła na nią tymi swoimi pełnymi uczucia oczami. Potem w końcu skinęła głową.

Tłumaczenie: Piotr Pocztarek
wtorek, 31 lipca 2012
O ZGROZO
KRÓTKIE OSTRE WSTRZĄSY
GRAHAM MASTERTON

Horrory zacząłem pisać mając 10 lat, pod silnym wpływem Edgara Allana Poe i historii takich jak Beczka Amontillado, w której to nieszczęsny fircyk zwany Fortunato zostaje zamurowany w piwnicy na wino swojego przyjaciela czy Żabi skoczek, w której zły karzeł przebiera ośmiu dworzan w stroje orangutanów, skuwa ich łańcuchem, a następnie wciąga pod sufit sali bankietowej i podpala. Byłem diabolicznym małym chłopcem.
Pomiędzy 10 a 17 rokiem życia napisałem dosłownie dziesiątki historii – chociaż część z nich nie miała więcej niż dwie czy trzy strony – a potem czytałem je na głos kolegom w szkole. W jednej z nich, noszącej tytuł Sophonisba, mściwy mąż dokonuje zemsty na swojej niewiernej żonie, gotując ją żywcem i używając jej kości do udekorowania frontu domu. W innej, mężczyzna budzi się rankiem tylko po to by odkryć, że czas się cofa, a on wciąż młodnieje w zastraszającym tempie, dopóki znów nie staje się dzieckiem, a potem jajeczkiem i spermą.
Pisanie opowiadań jest świetną praktyką, jeśli ma się ambicję zostać pisarzem. W stosunkowo niewielu słowach trzeba wykreować wiarygodnych bohaterów, przekonujące tło i fabułę, która albo ma zaskakujący zwrot fabularny, albo zostawia czytelników z niespodziewanym wnioskiem. Oczywiście w krótki opowiadaniu z gatunku horroru, protagonista musi zmierzyć się z przerażającym i szokującym przeznaczeniem – tak niezwykłym, że na samą myśl o nim czytelnicy będą wzdrygać się do końca życia.
Przez te wszystkie lata wciąż pisałem krótkie opowiadania aby wyrazić pomysły, które nie są tak złożone, by usprawiedliwić napisanie o nich całej książki, ale jednocześnie są intrygujące i potrafią dostarczyć dobrej zabawy. Opublikowałem pięć zbiorów – Dwa tygodnie strachu, Czternaście obliczy strachu, Uciec przed koszmarem, Okruchy strachu i Festiwal strachu.
Ze względu na ich prostotę, opowiadania łatwo przenieść na ekran. Kilka z moich krótkich tekstów zostało przerobionych na potrzeby serialu telewizyjnego produkcji Tony Scott The Hunger. Sekretna księga Shih-Tan, w której chińskiego szefa kuchni poszukującego zakazanej księgi kucharskiej, zawierającej przepisy na dania z ludzkiego mięsa, zagrał Jason Scott Lee. Anais, w której samotny artysta rysuje nimfomankę, która ożywa… podobnie jak jej wściekły i morderczy chłopak. Anty-Mikołaj został kupiony do nowego, amerykańskiego serialu Masters of horror (ostatecznie odcinek nie został zrealizowany). Opowiadanie zawierało historię „prawdziego” Świętego Mikołaja, który w Święta włamuje się przez dach i odcina dzieciom głowy. Kiedy usłyszysz świąteczne dzwoneczki… ratuj się kto może!
Jednym z powodów dla których opowiadania dobrze sprawdzają się w telewizji (a czasem nawet w filmach pełnometrażowych) jest właśnie to, że musza być proste i mieć dobrą, przejrzystą strukturę. W powieści masz mnóstwo czasu i przestrzeni by wykreować bohaterów i przedstawić swoje pomysły, a jeśli pozwolisz sobie trochę na lanie wody, to nic się nie stanie. W mojej powieści Pogromca wampirów mogłem wyjaśnić fascynującą historię wampirów z Rumunii, czego nie miałbym okazji zrobić w opowiadaniu.
Opowiadania wybaczają znacznie mniej niż powieści. Styl musi być dokładny i ostry, każde słowo musi coś znaczyć, a pomysł musi mieć odpowiedni wydźwięk. Dosłownie, to bardziej wymagające niż pisanie powieści. I bardziej pokazuje silne i słabe strony pisarza.
Wiele moich opowiadań przerobiono również na komiksy – te erotyczne przez Verotik, amerykańskiego wydawnictwo Glenna Danziga (muzyka heavymetalowego, założyciela takich zespołów jak Misfits czy Samhain and Danzig.  Piętnaście opowiadań (w tym przepięknie narysowaną Anais) wykorzystano na potrzeby zbioru Piekelne wizje, stworzonego przez różnych, utalentowanych polskich artystów. Zbiór wydała we Wrocławiu Mandragora pod redakcją Przemka Wróbla.
Czasem używam opowiadań by przetestować granicę akceptowalności i dobrego smaku. Jako były redaktor magazynów Penthouse i Forum nadal interesuje mnie wolne wyrażanie tematów związanych z seksem, a krótkie teksty są metodą na wypróbowanie ekstremalnych pomysłów i sprawdzenie, jak daleko może posunąć się pisarz. W końcu nikt nie chce spędzić sześć czy siedem miesięcy nad powieścią, która nie zostanie wydana bo jest zbyt szokująca.
Czasem zdarza mi się przegiąć i posunąć się za daleko. Moje opowiadanie Eric Pasztet zostało opublikowane w pierwszym numerze nowego, brytyjskiego magazynu o horrorach Frighteners, co spowodowało zabronienie jego sprzedaży w jednej z największych księgarni (i upadek magazynu). Młody Eric był okropnym, małym kanibalem, który lubił wieszać dziewczyny na hakach i zjadać ich wnętrzności, kiedy jeszcze żyły.
Posocznica to kolejny tekst, który zbliża się do granicy akceptowalności. Młoda para kocha się tak bardzo, że jest gotowa na wszystko by pokazać sobie jak bardzo się uwielbia… i mam na myśli naprawdę wszystko. Posocznica została wydana w Ameryce przez Cemetery Dance Publishers, w specjalnym tomiku z czarną, złowieszczą okładką. Nie zdradzę zakończenia, możecie przeczytać je sami w antologii Festiwal strachu.
Jeśli widzisz siebie jako autora horrorów, staraj się pisać tak wiele opowiadań jak tylko się da. To nie tylko nieoceniona pomoc w wygładzeniu pisarskich umiejętności, ale też szybki sposób na poznanie reakcji przyjaciół i rodziny. Jeśli to zajmie pięć czy dziesięć minut, ludzie zgodzą się przeczytać wasze opowiadanie i podzielić swoją opinią na jego temat. Ale nie załamujcie się, jeśli czytelnicy będą krytyczni. Moi redaktorzy cały czas proszą mnie o zmiany, a ja chętnie je wprowadzam. Takie życie profesjonalnego pisarza.
Kiedy starasz się wymyślić pomysł na opowiadania, wybierz tło, które jest wiarygodne i niespecjalnie się wyróżniające – może twoją ulicę albo miasto w którym mieszkasz. Pisz o zwykłych ludziach, z którymi czytelnicy będą mogli się utożsamić. Ale niech ich przeznaczenie będzie tak oryginalne i zaskakujące, jak tylko się da.
Typowym przykładem tej techniki jest moje opowiadanie Burgery z Calais, w którym samochód naszego bohatera psuje się w małym, nudnym miasteczku w Ameryce. Aby zapłacić za jego naprawę znajduje pracę – smaży hamburgery w restauracji typu fast-food. Odkrywa jednak, że hamburgery mają pewne niepokojące składniki…
Na zakończenie przedstawiam najkrótsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem. Pojawiło się w kalendarzu na 2006 roku, wydanym przez British Fantasy Society. Poproszono mnie, by napisać horror maksymalnie na 100 słów! Sprawdźcie, czy sami dacie radę stworzyć coś o podobnej długości.


PORTRET JENNIE

Ściągnął płachtę ze sztalugi.
- Mój Boże – wydyszała.
To była ona, naga, z motylami tańczącymi wokół jej sutków.
- Wyjdź za mnie, Jennie, albo już nigdy więcej nie namaluje żadnego obrazu.
- Jesteś chory, John. Przecież wiesz, że wychodzę za Matta.
- Jennie...
Ale już jej nie było.
Przynajmniej nadal miał jej podobiznę. Ale zamierzał dotrzymać obietnicy. Obwiązał prawą dłoń nasączonymi terpentyną szmatami i zapalił zapałkę.
Krzycząc, wpadł na obraz, który również zajął się ogniem. Z płonącymi skrzydełkami motyle odleciały, ale gwałtownie spadły na ziemię, podobnie jak wszystkie marzenia.

Copyright © 2006 by Graham Masterton
Tłumaczenie: Piotr Pocztarek
poniedziałek, 02 lipca 2012

Roger Herrings twierdził, że cudzołożył tylko wtedy, gdy miał zapewnioną odpowiednią jakość; ja po prostu jechałem na swoim rowerze Maltby Speedwind, tak szybko jak tylko mogłem z górki, albo na piechotę, kiedy napotkałem wzniesienie.
Lato było tak gorące, że drogi zamieniały się w likier, a dęby okrywała mgiełka rozmytego powietrza. Kiedy pedałowałem, aromat wysuszonej trawy nieoczekiwanie okręcał się wokół żywopłotów. Już pędzę! Na spotkanie! Z Panią Jessicą! Roland!
Której nigdy nie przerżnąłem. Szkoda gadać, mamrotałem.
A chętnie bym to zrobił.
Miałem 19 lat i niedawno zmarł mój ojciec. Spadł do otwartego włazu na statku płynącym z Argentyny i roztrzaskał czaszkę o czerwono-biało-niebieską płytę z mrożonym mięsem.
Nawet go kochałem, ale było to dla mnie tak wstydliwe, że mówiłem, że ubódł go byk, co zawsze sprawiało, że moi przyjaciele krzywili się z obrzydzenia zamiast rżeć ze śmiechu i musieli udawać, że chwilowo wstrząsnął nimi szok.
Sami widzicie.
Ciężko było mi odróżnić prawdę od fikcji. Mogłem sobie nawet wyobrazić ten tępy róg, przebijający się na siłę przez jego wnętrzności, niezdarnie i krwawo torujący sobie drogę przez miękki żołądek.
Który z chęcią przyjął tyle Guinnessa w pubie Hairy Beast, w ciepłe popołudnia, kiedy słońce przeświecało przez zakurzone, grawerowane szkło, upstrzone słomą buty skrzypiały, a głosy nuciły swą elegię. Dla mojego drogiego, zmarłego Taty.
I Roger Herrings, który miał przynajmniej 25 lat, ale nie był w wojsku dzięki kategorii 4F i teraz, latem 1947 roku, siedział leniwie w upale, z obnażoną, bladą, wypukłą klatką piersiową, wystawioną na świergoczące powietrze. Powiedział mi: „A potem była Judy. Brzoskwinka. Brzoskwinka. Żebyś ty ją widział. Gorąca, lepka jak marmolada, wszedłem do środka łatwo jak widły w kupę gnoju. Grrrmmmmffff”.
Brylantyna na jego krótkich, czarnych włosach aż się świeciła. I pomimo tego, że zawsze obecna nutka zawiści mówiła mi, że żadna dziewczyna podobna do Judy nie zniosłaby tych włosów, podskakujących i powiewających przed jej mięciutką twarzą, wiedziałem że to zrobił, bo kłamał tylko w kwestii picia.
Kiedy odjechałem na moim rowerze. Na moim Maltby Speedwindzie. Stojąc na pedałach, przerzucając swoją wagę ciała z jednego na drugi. Czułem się jak szkolny prawiczek.
I moje życie pełne samotnych grzechów rozciągało się za moimi plecami. Niech zstąpi na was i pozostanie na zawsze.
A teraz! Już pędzę! Na spotkanie! Z Panią Jessicą! Roland!
Niczym pułkownik lotnictwa Douglas Bader, beznogi as myślistwa spadający na Peenemünde w swoim Typhoonie Anioł Pięć do Anioła Dowódcy Anioł Pięć do Anioła Dowódcy, Bandyci na Dziewiątej. Wirujący Messerschmitt uwięziony w moich włosach: ah-ah-ah-ah-ah-ah-ah-ah-ah vvveeeeooooooooowwww karRROOOOOMMM.
Była tam. Jessica. Owiana delikatnymi falami popołudniowego lata, widziana przez toń mojej pamięci, Pani Jessica Roland. Ta z wystającym nosem, wysokim, okrągłym czołem i długimi, czarodziejskimi włosami, które falowały, osiadały, wznosiły się i płynęły dookoła niej, jak niespokojne wodorosty na odległym brzegu.
I małe, sterczące piersi, pod czerwoną, kraciastą bawełną.
I wielkie, krótkowzroczne, niebieskie oczy.
I godne polizania, patykowate nogi, z białymi skarpetkami do kostek. Siedemnastka. Żadna bomba jej nie dotknęła, żaden płonący samolot jej nie nękał, przeświecała przez śmierć mojego ojca jak promienne światło, unosząc się z zamglonych fal mojej pamięci, tak czysta i jeszcze czystsza, pompująca świat ciepłem, nadzieją i miłością. Do mnie. Na moim Maltby Speedwindzie.
Miała piegi. I nawyk marszczenia noska, który za każdym razem sprawiał, że rozpływałem się w kompletnym bezdechu.
- Zgrzałeś się – powiedziała.
- Tak. Jest upalnie, czyż nie?
Zsiadłem i zdjąłem spinacze, jak mężczyzna udający się do kościoła. Na wieki wieków. Poproszę o delikatny podkład na organach. Preludium Bacha w ges-dur.
Zostawiłem rower zabezpieczony kłódką i poszliśmy na spacer wzdłuż brzegu. Moja ręka pociła się wprost do jej dłoni.
- Podjęłam decyzję.
Powiedziała. A moje serce wyskoczyło z piersi i spłynęło do morza.
- Zdecydowałam więcej się z tobą nie spotykać.
- Och.
Jechałem i jechałem na Maltby Speedwindzie, z oddechem krzyczącym mi w gardle, mila za milą, po zjazdach, nachyleniach, zakątkach i zakrętach, mila za milą. Zatrzymałem się na szczycie nieznanego wzgórza, cichym, wilgotnym i obcym. Metaliczne chmury osadzone były jak brwi nad okrągłymi wzgórzami Wiltshire.
Telefon. Wciśnij guzik A.
-Jessica. To ja. Mogę się z tobą zobaczyć?
-Powiedziałam ci. Zdecydowałam więcej się z tobą nie spotykać.
-Jessica, kocham cię.
-Ale ja nie kocham ciebie. Nic dobrego z tego nie będzie. Brnąć w to dalej to głupota.
-Nawet nie próbowałaś mnie pokochać.
-Nadal cię lubię, jako przyjaciela.
-I co mi z tego? Jessica, nie rozumiesz. Kocham cię.
Nagle miedziaki się skończyły i uciekła z linii telefonicznej, z tej brzemiennej w samotność budki, w której stałem zamknięty w czerwieni, mniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, jakby widziany z odległego samolotu, coraz dalej, dopóki nie stałem się całkowicie niewidoczny gołym okiem i trzeba by się wysilić, żeby zobaczyć mnie przez teleskop.
Płakałem przez chwilę, a potem miałem już 20 lat, a Bank otworzył przede mną swe drzwi. Była zima.
Siedziałem za ladą, odziany w brąz. Wysoki, pedantyczny zegar nadawał tempo mojemu popołudniu. Po mojej lewej szuflada pełna pieniędzy. I miarka po prawej, by móc je nabierać.
Tysiąc funtów w jednej szufladzie. W różnych nominałach. Białe, pomarszczone piątki, tak duże, że można by zawinąć w nie rybę. Zielone funty. Brązowe dziesiątki szylingów. Monety z krawędziami, o które można by odpalić zapałkę. Nic nie ukradłem.
Oszczędzałem z pensji. Odłożyłem już dziesięć funtów. A potem zabrałem je, wraz ze swoim dziewictwem, na West End. Na furmance mojego smutku, żeby wstawić się w deprawację.
-Przepraszam.
Podejrzliwe, młode oczy okopcone makijażem zwróciły się w moją stronę. Zimne popołudnie na Wardour Street, niebo jak skorodowana miedź. Kilka chłodnych kropel deszczu i człowiek pędzi jak Dracula pod czarnym parasolem i w płaszczu z kołnierzem.
- Co jest, doktorku?
- Bardzo przepraszam, mam nadzieję, że mnie źle nie zrozumiesz. Ale czy ty…
- Dwa funciaki dziesięć za numerek, piątka za całą noc.
Hmm. Taniej niż myślałem. Zostanie mi pięć funtów na nowe opony do roweru i może nawet na nowe siodełko.
-Eee. Tak. W porządku.
-Co? Dwa funciaki dziesięć za numerek, czy piątka za całą noc?
-Eee. Dwa funciaki dziesięć będzie w porządku.
Jessica zaprowadziła mnie do sadu. Z drzew spadały jabłka. Kleiła się do ziemi jak miód do kromki świeżego chleba, jej ramiona już się wyciągnęły, by objąć mnie swoją słodką pieszczotą, bryza owiewająca moją nagą erekcję i jej lędźwie złączyła nas, chociaż trzeba było jeszcze ponegocjować z jej skąpymi majteczkami, aż w końcu nastąpiły jęki i kwilenie, no i jej zęby przygryzły moje ucho.
-Stebbings widział cię wychodzącego z domu o podejrzanej reputacji.
-Przepraszam, sir?
-Stebbings widział cię opuszczającego teren prostytucji.
-Och.
Mogłem tylko gapić się na łańcuszek od zegarka, a nie na jego cętkowaną twarz, szeroką jak słońce, z białymi wąsami i przerażającymi oczyma, z których jedno mogło w każdej chwili zapaść się do środka i zniknąć na zawsze.
-Bank jest Bankiem moralności. Dopóki nie osiągniesz odpowiedniego wieku, odpowiadam przed twoimi rodzicami nie tylko za twoje dobro finansowe, ale też moralne. Muszę napisać do twojego ojca.
-Mój ojciec nie żyje, sir.
-Och.
-Został ugodzony przez byka, sir. I umarł.
-Przykro mi to słyszeć. W takim razie muszę napisać do twojej matki. Rozumiesz, nie chcę jej denerwować, ale musi się o tym dowiedzieć.
- Tak, sir, rozumiem.
- To dobrze. Możesz wracać do pracy.
Tego popołudnia wyjąłem z szuflady tysiąc funtów. Potem wyszedłem z Banku na ulicę. Następnie wróciłem i odłożyłem wszystko z powrotem na miejsce.
Później otrzymałem list od matki. Leżał na tej kłującej, frontowej wycieraczce. Przyszedł prosto do mojego domu, tego ze straszną tapetą i wiecznie unoszącym się zapachem smażonych jajek i zatęchłych genitaliów. List napisany pajęczym, bladoniebieskim pismem ogłaszał ekskomunikę. W imię ojca, syna i ducha świętego. Ty brudna kreaturo, co by o tobie pomyślał twój najdroższy ojciec. Ale mój ojciec był zbyt zajęty leżeniem na Bath Cemetery, zmiażdżony, z odciskiem zmrożonej polędwicy na swojej nie znającej uśmiechu twarzy.
W dół podmiejskich ulic na moim Maltby Speedwindzie. Srebrne latarnie wyrastały po obu stronach, tysiące metalowych erekcji zwiastujących! Nadejście! Mojego erotycznego ja!
I dziwna, pusta sekunda, kiedy osłabło we mnie życie i leżałem ze zdartymi kolanami na drodze, a koło od mojego roweru toczyło się gdzieś na boku, tik-tik-tik-tik.
Wszystko w porządku.
Tak. Tak myślę. Podarłem sobie spodnie.
Może wejdziesz na moment do środka. Przyłożę ci jodynę.
Tak tak dziękuję chyba wejdę. Czy mógłbym dostać filiżankę herbaty.
Oczywiście. Usiądź, a ja przyniosę.
Pułkownik lotnictwa Douglas Bader, ranny as powietrzny, leżący w niemieckim obozie dla więźniów wojennych, krew rozpryskująca się na podłodze. Ach, angielska świnia. Jesteś chory? Czego tu szukasz?
Co to za pokój. Ciepły. Z dużymi krzesłami, przykrytymi złotymi plecionkami. W rogu ciężki, orzechowy barek, pełen butelek ginu, szkockiej i brandy.
Wiejski pejzaż, z lśniącą powierzchnią pokrytą pęknięciami. Oryginalny.
Nagle kobieta wróciła z jodyną w brązowej, żebrowanej butelce, ręcznikiem i małą, emaliowaną miską wody.
-Podwiń nogawkę.
-W taki sposób?
-Tak. Matko, co za otarcie. Dobrze, że cię zobaczyłam. Przeleciałeś nad kierownicą.
Hmm. Haniebne, jak na syna mężczyzny ugodzonego przez byka.
Przykucnęła, przykładając kawałek poplamionej na pomarańczowo waty. Miała młodą twarz, może trzydziestoletnią, podobną do elfa, jakby jej praprababcia była niziołkiem.
Moje oczy ukradkiem zerkały na jej spódnicę, ciasno opinającą uda. A ujarzmione spojrzenie głębiej, na smukłe nogi, otulone brązowym nylonem i białe ciało podtrzymujące klips do pończoch. I wypukłość białych majteczek, wypełniona jakby masłem jeżynowym.
-A to co? – spytała nieoczekiwanie.
Wyrwała mnie z szoku, kładąc uspokajającą dłoń na moim twardym narzędziu w spodniach.
- Co to spowodowało?
Kiedy tak siedziałem jak dziwny inwalida, z jedną nogawką podniesioną niczym u początkującego masona, jej palce odpinały mój rozporek, a on uniósł się w tym drogim pokoju, nagi kawał mięsa, tak dobrze wypolerowany osprzęt! Mój kutas! Patrzcie! Oryginalny olej!
Ona, z jej wysoko podniesioną, bawełnianą sukienką, niczym kobieta w kąpieli u Lautreca, spragniona i rozkraczona nad moim krzesłem, szczepieni, na Boga, a moje prawdziwe dziewictwo utracone, nie przy grzmiącej symfonii, jak to sobie kiedyś wyobrażałem, a przy cichych, rozbawionych piskach dwóch ciał, szeptach i pomrukach osobliwego zachwytu.
I pędzę! Na moim Maltby Speedwindzie! Rydwan! Dzisiaj nie do Banku!
Ale na stację. Gdzie wsiadam. Do pociągu na zachód.
By stanąć na syczącym cmentarzu nad grobem mojego ojca.
Którego duch. Który jest mną.
Nareszcie zaliczył. 

Copyright © by Graham Masterton,1960s/2012

Tłumaczenie: Piotr Pocztarek

Jedno z najnowszych opowiadań Grahama Mastertona jest już dostępne do odczytu w wersji angielskiej. Tekst można znaleźć pod poniższym adresem:

http://www.thehorrorzine.com/Fiction/July2012/Masterton/GrahamMasterton.html

Tymczasem miejcie oczy otwarte, ponieważ lada chwila na naszej stronie pojawi się polska wersja innego opowiadania, z którym czytelnicy nie mieli jeszcze okazji się zapoznać: IN DEFENSE OF ROGER HERRINGS.
piątek, 15 czerwca 2012
Na oficjalnej stronie Grahama Mastertona zostało właśnie zamieszczone niepublikowane wcześniej opowiadanie, które autor napisał jeszcze w latach 60-tych dla magazynu "Mayfair", chociaż z powodu braku miejsca nie zostało ono ostatecznie wydrukowane.

Opowiadanie "In defense of Roger Herrings" możecie przeczytać w języku angielskim w tym oto miejscu:

http://www.grahammasterton.co.uk/pdf/indefenceofrogerherrings.pdf

środa, 16 listopada 2011
Graham opublikował na Facebooku wiersz o tytule TOMORROW WILL BRING ME THE ROSES, który napisał w zeszłym roku. Oto on:
Tomorrow Will Bring Me Roses

Tomorrow when it comes for me
(and if it comes)
Will bring me roses, just like every other day
Your sweet apologies for everything you said and did
Tied with a silken ribbon like your lies.

Tomorrow when it comes for me
(and if it comes)
Will bring a fog of sunshine to my room
Light up the dust upon the table and the faded chair
The photograph of us beside the lake
So leached of color that we look like ghosts.

Tomorrow when it comes for me
(and when it comes)
The phone will ring and ring and I will let it ring
Until it stops, and never rings again
And I will sit and listen while the roses die
Petal by petal, dropping on the floor.

Tomorrow when it comes for me
(and it will come)
Will bring me rain, and breezes, and a walk alone
And all the roses in the park will nod their heads
As if they are applauding me for breaking free.
But -- back at home, a silence. No applause.
No lies, no dying roses, only me.

-- Graham Masterton, 2010
Gdyby jednak ktoś nie znał języka angielskiego, poniżej przedstawiamy orientacyjny przekład:
Jutro przyniesie mi róże

Kiedy jutro dla mnie nadejdzie
(jeśli nadejdzie)
Przyniesie mi róże, jak każdy inny dzień
Twoje słodkie przeprosiny za wszystko co powiedziałeś i zrobiłeś
Związane jedwabną wstążką twoich kłamstw.
Kiedy jutro dla mnie nadejdzie
(jeśli nadejdzie)
Przyniesie do mojego pokoju mgłę słońca
Rozświetli kurz na stole i wyblakłe krzesło
Nasze zdjęcie przy jeziorze
Tak pozbawione kolorów, że wyglądamy jak duchy.
Kiedy jutro dla mnie nadejdzie
(i kiedy nadejdzie)
Telefon będzie dzwonił i dzwonił a ja mu na to pozwolę
Dopóki nie przestanie i już nigdy nie zadzwoni
Ja będę siedział i słuchał jak umierają róże
Płatek za płatkiem, spadając na podłogę.

Kiedy jutro dla mnie nadejdzie
(a nadejdzie)
Przyniesie mi deszcze, podmuchy wiatru i samotny spacer
A wszystkie róże w parku schylą głowy
Jakby biły mi brawo za uwolnienie się.
Ale -- z powrotem w domu, cisza. Żadnych braw.
Żadnych kłamstw, żadnych umierających róż, tylko ja.

-- Graham Masterton, 2010
Tłumaczenie: Piotr Pocztarek
piątek, 14 października 2011
Jakiś czas temu prezentowaliśmy Wam premierowe opowiadanie Grahama Mastertona pod tytułem EX VOTO, napisane specjalnie do antologii SLICES OF FLESH. Jak się okazało, redaktor kompletujący materiał stwierdził, że tekst jest wprawdzie dobry, ale nieco przewidywalny. Graham nie spoczął na laurach i postanowił przygotować nowe, alternatywne zakończenie opowiadania. Jest ono bardziej krwawe i nieprzewidywalne. Prezentujemy więc polskim Czytelnikom alternatywne zakończenie EX VOTO. Miłej lektury!

EX-VOTO
(alternatywne zakończenie)

GRAHAM MASTERTON

Henry słyszał, jak Esmeralda rozmawia na ulicy z jakimiś mężczyznami. Potem nastąpiła długa przerwa. Smród benzyny robił się coraz silniejszy, a jego oczy zaczęły już łzawić. Nagle dotarło do niego, że zostanie upieczony żywcem, na samym dnie śmierdzącego dołu. Tak miało się zakończyć jego życie, a przecież jeszcze nie odnalazł nawet swojej miłości.

Wtedy właśnie usłyszał brzęczący odgłos. Znów podniósł głowę i zdał sobie sprawę, co to było. Spuszczano mu wielką, stolarską piłę, przywiązaną do długiego sznura.

Znalazła się tuż obok jego lewej dłoni. Patrzył na nią, czując się jak w horrorze.

Esmeralda zawołała – Wiem, że to straszne, señor! Ale czy mamy inne wyjście?

Henry złapał piłę i przyłożył ją do ramienia. Jej ząbki były tak ostre, że wgryzały się materiał jego lnianego garnituru. Mocno zamknął oczy, zacisnął zęby i pchnął piłą tak mocno, jak tylko potrafił. Przecięła jego marynarkę, koszulę i wgryzła się w skórę. Nigdy w życiu nie czuł niczego równie bolesnego, więc wrzasnął albo wydawało mu się, że to zrobił. Był ogłuszony bólem.

Przyciągnął piłę z powrotem, a potem popchnął drugi raz przez własne ramię, przecinając mięśnie. Trysnęło tyle krwi, że cały rękaw został zalany jasną czerwienią, ale zdał sobie sprawę, że musi pchnąć jeszcze mocniej albo odcinanie ramienia potrwa całe godziny.

Popchnął trzeci raz, tak mocno, że zęby piły wgryzły się w kość. Piła ślizgnęła się po niej i uderzyła w żelazną rurę kanalizacyjną, powodując iskrę. Nastąpiło natychmiastowe whoompph, jakie wydają ekspludujące opary benzyny i twarz Henry’ego została przypalona przez podmuch gorąca o temperaturze trzystu stopni. Jego włosy zapaliły się i skurczyły, a oczy usmażyły się.

Henry płonął niczym kukła. Jego lniany garniture zbrązowiał, skurczył się i rozpadł na kawałki. Jego skóra przypiekła się na szkarłatny kolor, a potem się zwęgliła. Ale w przeciwieństwie do kukły, Henry piłował mocniej i szybciej, urywanymi ruchami, jak u tych małych figurek na wiatrowskazach. W ciągu kilku minut był już tylko masą płomieni, ale dalej piłował i krzyczał, dopóki całkowicie nie odciął ramienia. Upadł na plecy, zczerniały i dymiący się, ale wolny.

Malarka retablos dołączyła na ulicy do Esmeraldy. Położyła swoją dłoń z pomalowanymi na srebrno paznokciami na jej ramieniu.

- Le Virgen de los Remedios go ostrzegła - powiedziała swoim gardłowym głosem. - Nie wierzył w nią, nie ufał jej. Ale ona ma lekarstwo na wszystko, nawet na to. 

Graham Masterton,  2011    

Tłumaczenie: Piotr Pocztarek
środa, 05 października 2011

Graham Masterton, wraz z redakcją swojej oficjalnej polskiej strony, przygotował dla naszych Czytelników nie lada niespodziankę. Udzielił on bowiem zgody na przekład jego najnowszego, premierowego opowiadania, zatytułowanego EX VOTO, które zostało przygotowane do mającej ukazać się w 2012 roku  charytatywnej antologii SLICES OF FLESH, zawierającej tzw "flash fiction", czyli teksty składające się z mniej niż 1500 słów. W związku z tym przestawiamy Wam EX VOTO - opowiadanie z 2011 roku, które w języku polskim można znaleźć ekskluzywnie tylko na naszej stronie. Miłej lektury!


EX-VOTO
GRAHAM MASTERTON

   - Señor Foster!  Tędy,  señor!

            Henry wyszedł z cienia wprost na słońce, na sam środek targowiska. Dookoła sprzedawano ze straganów melony, miechunki pomidorowe, zdobione skórzane pasy, szale, święte statuetki, lepkie ciasteczka, szczotki do szorowania naczyń i butelki płynu do czyszczenia podłóg Radiante.

            Muzyka mariachi głośno grała z konkurujących ze sobą głośników, niestabilnie przeciągniętych na szczyty straganów, a okrzyki, śmiechy, szczekanie psów i skrzek papug były tak ogłuszające, że Henry miał wrażenie, iż znalazł się w środku jakichś zamieszek.

            Dogonił Esmeraldę, która niespodziewanie złapała go za rękę, jakby był dzieckiem, a nie czterdziestopięcioletnim mężczyzną z rzednącymi, brązowymi włosami i w trzepoczącym, białym, lnianym garniturze.

            - Wspominałeś, że chcesz kupić pamiątki, señor – przypomniała mu.

            - No tak. Ale chodziło mi o coś kunsztownego, no wiesz. Oczywiście coś meksykańskiego, ale w miarę gustownego. Nie mogę podarować szefowi wydziału socjologii plastikowego kaktusa.

            - Znajdziemy coś, señor – powiedziała Esmeralda i dalej holowała go przez tłum. Henry nie miał innego wyjścia, musiał iść za nią, jeśli nie chciał zostać stłamszony. Mężczyzna ze szparą między zębami chytrze spojrzał mu prosto w twarz, trzymając naszyjnik z naciągniętymi na niego czerwonymi papryczkami chilli.

           - Pokaż swojej dziewczynie, że jesteś ostry, señor!

           - Dziękuję, ona jest moim przewodnikiem – rzekł Henry. – Nie dziewczyną.

Nie widział, czemu poczuł się zobligowany, by to powiedzieć. Esmeralda była przecież oszałamiająco piękna, miała lśniące, brązowe loki, kocie oczy i usta, które sprawiały, że wyglądała, jakby ciągle się dąsała. Problemem było to, że była wystarczająco młoda, by być jego córką.

            - Wiem co ci kupimy! – wykrzyknęła, ciągnąc go przez gryzący dym, który unosił się nad straganem z carne asada, grillowanym mięsem. – Jestem na sto procent pewna, że ci się spodoba!

            Poprowadziła go w stronę zacienionej uliczki, znajdującej się z boku targowiska, gdzie starzy mężczyźni z twarzami niczym pomarszczone tykwy siedzieli na progach i palili. Na końcu uliczki stał prowizoryczny stragan, skonstruowany ze skrzyń, koców i worków.

            Prymitywnie pomalowany znak na straganie głosił Retablos. W środku, na kuchennym krześle, siedziała kobieta ze sztalugą, nakładając na małą, metalową płytę emalie z dwudziestu czy trzydziestu różnych, jasnych garnuszków.

            -   Buenos días – powiedziała Esmeralda. –  Mi amigo quiere comprar un retablo.

            Kobieta odwróciła się do nich. Musiała mieć jakieś czterdzieści lat. Miała wysokie, charakterystyczne kości policzkowe i powieki opadające na oczy lśniące i bezbarwne niczym łożyska kulkowe. Wokół głowy miała owinięty czarny szal, nosiła czarną sukienkę w szare, wijące się wzorki.

            - Ach – mruknęła głosem tak głębokim i gardłowym, jakby paliła paczkami Delicados odkąd tylko nauczyła się oddychać. – Czekałam na ciebie, señor.

             - Słucham? – zapytał Henry.

            Nie mówiąc nic więcej, kobieta wstała i poszła na tyły straganu. Przyniosła małą paczuszkę owiniętą gazetą i wręczyła ją im.

             - Co to jest? – spytał ją Henry.

            - Twój retablo, señor. Ex-voto.

            Zdezorientowany, Henry odwinął gazetę. W środku znajdowała się cienka, metalowa płytka z namalowanym obrazkiem, zupełnie niczym komiksowy pasek. Ukazywał miejską ulicę z tłumem ludzi stojących na chodniku. Mężczyzna w białym garniturze leżał na środku ulicy z jedną ręką przygwożdżoną przez podwozie wywróconej ciężarówki. Odcinał własne ramię dużą piłą, a krew pokrywała jego cały rękaw.

             Nad nim, unosząc się w powietrzu, znajdowała się święta postać ubrana na niebiesko i złoto, w otoczeniu złotych cherubinów.

            - Nie rozumiem – przyznał Henry.

            - To proste – odpowiedziała mu kobieta, wskazując mężczyznę w białym garniturze długim, pomalowanym na srebrno paznokciem. – Ludzie przychodzą do mnie, kiedy wyjdą cało z przerażającego wypadku, zagrażającej życiu choroby albo kiedy zostaną napadnięci i niemal zabici. Maluję dla nich ex-voto, podziękowanie dla świętych, którzy ocalili ich życia, które powieszą na ścianach swoich kościołów. W tym przypadku, namalowałam twój przed wypadkiem. Czasem potrafię zrobić coś takiego. To zależy od tego, kim jesteś i który ze świętych cię ochrania. U ciebie jest to La Virgen de los Remedios, Matka Boska Zaradcza. Powiedziała mi wiele tygodni temu, że przyjdziesz i co ci się przydarzy, a także w jaki sposób twoje życie zostanie ocalone.

            Henry spytał:

            – Co? Myślisz, że zostanę przejechany przez ciężarówkę?

            - Przeznaczenie jest nieuniknione, señor.

            - Zostanę przejechany przez ciężarówkę i odetnę sobie własną rękę, żeby się uwolnić? To szaleństwo.

            Kobieta wzruszyła ramionami.

            – Nie ja decyduje o przyszłości, señor. Sprzedam ci ten retablo za dwadzieścia dolarów. Będziesz mógł podziękować Matce Boskiej jeszcze zanim cię uratuje.

- To chore – rzekł Henry. – Kompletnie szalone.

Wyrwał dłoń z uścisku Esmeraldy i zaczął iść z powrotem w stronę targowiska.

Esmeralda wołała:

 – Señor Foster! Señor Foster! Poczekaj! – ale Henry nie zamierzał się odwrócić i gniewnie przepychał się przez tłum.

Przeszedł przez targowisko i przespacerował się po zacienionej arkadzie, prowadzącej do jego hotelu. Przez całe życie ludzie traktowali go, jakby był jakimś naiwniakiem i nawet teraz, podczas podróży służbowej do Meksyku, sytuacja się powtarzała. Poczuł gorący pot, zakłopotanie i wściekłość.

Gdyby nie był tak wściekły, może spojrzałby na prawo, zanim wyszedł na oślepiające, białe słońce przy końcu arkady, tuż na ulicę przed Hotelem Soledad. Stara ciężarówka Dodge, wyładowana beczkami z ropą, uderzyła go z prędkością piętnastu mil na godzinę. Uderzenia sprawiło, że przeleciał przez drewnianą barykadę, wzniesioną wokół głębokiego na dwanaście stóp wykopu na ulicy, w miejscu, gdzie wymieniana była kanalizacja.

Spadł na sam dół, między rury kanalizacyjne, a potem ciężarówka wpadła w poślizg na pylistej powierzchni i napotkała dziurę tuż nad jego głową z rozdzierającym, klekoczącym trzaskiem.

Otworzył oczy. Na dnie wykopu było mrocznie i zaskakująco chłodno, do tego roznosił się silny zapach ścieków i benzyny. Próbował podnieść się do siadu, ale odkrył, że nie może poruszyć się nawet o cal. Jego prawe ramię było przygniecione przednim prawym kołem ciężarówki, a ona sama była zaklinowana pod kątem.

Spojrzał w górę. Widział zaniepokojone twarze przyglądające mu się bacznie z poziomu nasłonecznionej ulicy.

-          Señor Foster! – rozpoznał głos Esmeraldy. – Czy jest pan ranny, señor?

-          Nie mogę... nie mogę się uwolnić – odkrzyknął Henry głosem niewyraźnym z

 powodu szoku. – Moja ręka... utknęła pod kołem.

-          Señor Foster, musi pan wyjść. Z ciężarówki wylewa się benzyna.

-          Nie mogę. Moja ręka.

Henry słyszał, jak Esmeralda rozmawia na ulicy z jakimiś mężczyznami. Potem nastąpiła długa przerwa. Smród benzyny robił się coraz silniejszy, a jego oczy zaczęły już łzawić. Nagle dotarło do niego, że zostanie upieczony żywcem, na samym dnie śmierdzącego dołu. Tak miało się zakończyć jego życie, a przecież jeszcze nie odnalazł nawet swojej miłości.

Wtedy właśnie usłyszał brzęczący odgłos. Znów podniósł głowę i zdał sobie sprawę, co to było. Spuszczano mu wielką, stolarską piłę, przywiązaną do długiego sznura.

Matka Boska Zaradcza przybyła mu na ratunek.

Graham Masterton,  2011    

Tłumaczenie: Piotr Pocztarek

Redakcja i korekta: Robert Cichowlas