OFICJALNA POLSKA STRONA GRAHAMA MASTERTONA!

darmowe liczniki

Blog > Komentarze do wpisu

Recenzja książki ARMAGEDON (po raz drugi)

„Manitou”. Rety, jak sobie przypomnę Harry'ego Erskine'a sprzed trzydziestu lat, mam ochotę cofnąć się w czasie, wejść do księgarni, kupić książkę z twarzą indiańskiego szamana na okładce, wrócić do domu i zanurzyć się w lekturze. Jeszcze raz, od nowa zakotwiczyć się w świecie Harry'ego, Śpiewającej Skały, Karen Tandy... Mógłbym długo wymieniać. Niemal każda postać występująca w „Manitou”, jak i również w „Zemście Manitou”, „Duchu zagłady” i „Krwi Manitou” żyje własnym, ciekawym życiem. Każda część cyklu prezentuje wysoki poziom i nic dziwnego, że to właśnie seria o ekscentrycznym jasnowidzu stała się znakiem rozpoznawczym twórczości Grahama Mastertona.

Wystarczy przypomnieć sobie młodą kobietę z powiększającym się guzem na karku, kryjącym odradzającego się rozwścieczonego indiańskiego szamana Misqumacusa, aby uśmiechnąć się z sentymentem. Wystarczy przywołać scenę powrotu najpotworniejszych indiańskich demonów w „Zemście Manitou” i „Duchu zagłady” oraz rumuńskie wampiry strigoi z „Krwi Manitou”, aby utwierdzić się w przekonaniu, że popularny cykl powieściowy Brytyjczyka to jeden z ciekawszych cykli grozy jakie kiedykolwiek napisano.

Przez długi czad słyszeliśmy, że „Armagedon” będzie ostatnią częścią serii. Masterton żartobliwie powtarzał, że Harry Erskine ma już swoje lata i najwyższa pora pozwolić mu przejść na „emeryturę”, dać odpocząć od ciągłych walk z Misquanacusem. Cóż, wreszcie doczekaliśmy się tej ostatniej części.

Cyklem „Manitou” Masterton postawił sobie wysoko poprzeczkę. Dlatego przed premierą „Krwi Manitou” tak bardzo obawiałem się spadku formy, zwłaszcza, że inne książki jakie Brytyjczyk napisał w tym samym czasie nie były doskonałe. Nie zawiodłem się jednak. „Krew...” przypadła mi do gustu bardzo, żeby nie powiedzieć, że bardziej niż „Duch zagłady”. Oczekując na „Armagedon” również czułem tę niepewność. Masti zapowiadał, że nastąpi ostateczne, wielkie starcie Misquamacusa z Harrym Erskinem, że będzie się sporo działo, że...

A może to ja sobie dopowiedziałem, że „Armagedon” będzie najlepszą ze wszystkich części cyklu? Tak, całkiem możliwe. Bo taką miałem nadzieję. Że to będzie coś kładącego na łopatki.

A jak jest? Tak sobie, cholera.

Powieść zaczyna się dość zaskakująco. I lekko szokująco. Prezydent USA traci wzrok, nie mając pojęcia, co z tym fantem zrobić. Chwilę później czytamy o tym, jak ślepnie załoga Boeinga 747 i tylko cudem, dzięki funkcji automatycznego podejścia do lądowania, jednemu z „widzących” pasażerów udaje się posadzić maszynę na pasie. Ale to zaledwie zwiastun nadciągających koszmarów. O ile wspomniany Boeing nie rozbił się, tak krótko potem roztrzaskują się dziesiątki innych samolotów. W całych Stanach. Giną tysiące ludzi, którzy nagle stracili wzrok. Ślepota dopada również kierowców na autostradach, gdzie dochodzi do gigantycznych karamboli, a niedługo potem okazuje się, że masowo ślepną wszyscy, niezależnie od płci i wieku.

To w jaki sposób Harry dowiaduje się, że sprawcą ogólnej ślepoty jest duch indiańskiego czarownika Misquamacusa, czyli Tego, Który Odszedł I Powrócił, przeczytacie sami, warto jednak wspomnieć, że tym razem nasz wkurzony szaman ma kompanów. Nazywają się Zabójcy Oczu i pochodzą od największych indiańskich demonów pokroju Wielkiego Starego, który przewijał się już w poprzednich częściach cyklu.

W powieści mamy szereg bohaterów drugoplanowych: grupkę nastolatków spędzającą czas na kampingu, kaskadera, który ratuje pasażerów wspomnianego Boeinga 747, jego dziewczynę oraz kilka innych osób. Spora ilość postaci jednak nie przeszkadza, gdyż Masterton umiejętnie – jak zawsze zresztą – oswaja ich, a następnie zaprzyjaźnia z czytelnikiem. Jeśli pamiętacie doktora Snowa, spotkacie go również. Że o Śpiewającej Skale nie wspomnę, acz duch Indianina nie odgrywa w powieści zbyt dużej roli (szkoda, bo to niezwykle barwna postać).

Powieść posiada klimat, a to spory jej atut. Fani Brytyjczyka po raz kolejny mogą skosztować doskonałego stylu, dowcipnych dialogów i barwnych opisów. Sam pomysł również niezły, acz skala katastrofy, jaką opisuje Masterton sprawiła, że pisarz trochę się pogubił „w zeznaniach”. Kilka rażących błędów logicznych bacznemu czytelnikowi z pewnością nie umknie.

I zakończenie... W sumie nie jest złe, ale osobiście spodziewałem się zupełnie innego. Bardziej miażdżącego, zaskakującego. W końcu to finisz popularnej, świetnej i charakterystycznej serii. Masterton postawił na efekciarstwo, a jako, że język nie stanowi dla niego absolutnie żadnej bariery, udało mu się pokazać swój kunszt pisarski. Tylko czy o to chodziło? Wolałbym chyba, aby postawił na pomysł, skopał nam wszystkim tyłki zaskakującą pointą, pozostawił z otwartymi z wrażenia ustami i wściekłością wynikającą z tego, że to naprawdę definitywny koniec starć Harry’ego z Misquamacusem.

Jak wspomniałem, spodziewałem się lepszej historii, ale z drugiej strony mogło być o wiele gorzej. Mogłem na przykład oślepnąć w połowie książki i w ogóle nie poznać jej zakończenia.

Autor recenzji: Robert Cichowlas
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 400
Format: 12,5 x 19,5
Ocena recenzenta: 7/10

środa, 07 kwietnia 2010, mictlantecutli

Polecane wpisy

  • Recenzja książki SIOSTRY KRWI

    Dzielna irlandzka komisarz Katie Maguire nie próżnuje – światło dzienne ujrzał właśnie piąty tom jej przygód, w którym bohaterka zajmuje się nie jedną, a

  • Recenzja książki UZNANI ZA ZMARŁYCH

    Popularność serii o przygodach Katie Maguire nie słabnie, nie tylko za granicą, gdzie poszczególne tomy wciąż zajmują wysokie miejsca na liście bestsellerów Ama

  • Recenzja książki SZKARŁATNA WDOWA

    „Szkarłatna wdowa”, od momentu ogłoszenia prac nad nią pod koniec 2012 roku, owiana była tajemnicą. Pierwsze przecieki dotyczyły gatunku, który miał

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Aje, *.internetdsl.tpnet.pl
2010/04/07 20:59:36
Niedawno skończyłem czytać... I jestem zawiedziony. Powiem więcej - bardzo zawiedziony. Przede wszystkim zaskoczył mnie brak seksu i brutalności. Rozwaliła mnie scena gdzie dwaj główni bohaterowie idą się przespać do hotelu , rozbierają się... I zasypiają. No ja pier...dzielę. Czy to jest jeszcze Masterton? Zestarzał się nam Graham , oj zestarzał... A co do brutalności - Tej trochę jest , ale zdecydowanie za mało. Za względnie względnie brutalną można by uznać scenę obdzierania żywcem ze skóry ( Łącznie z genitaliami ) , ale to za mało! Książka ma też bardzo dużo innych wad , takich jak niepotrzebne wątki. ( Na cholerę wątek tych dwóch murzynek i bachora? ) Rany , chyba napiszę kontrrecenzję.
-
2010/04/07 22:26:52
Kontrrecenzja mile widziana:-)
BArdzo słuszna Twoja uwaga z tym pokojem w hotelu. Chociaż z drugiej strony zwróć uwagę na wiem Harry'ego i Amelii. Gdyby zaczęli się parzyć mogłoby wyjść nie do końca po mastertonowsku:-)
Co do bachora to mam odmienne zdanie. Akurat bachor fajnie tam pasi, dzięki niemu zakończenie jest choć trochę zaskakujące.
-
2010/04/07 22:28:09
*wiek Harry'ego i Amelii - sorry za literówkę
-
2010/04/07 23:40:43
Moim zdaniem to bardzo fajnie, że w "Armagedonie" nie ma takich scen. W końcu seria "Manitou" nigdy nie cechowała się wyuzdanym seksem, ani też latającymi na prawo i lewo na każdej stronie flakami. Masterton spoważniał, jego książki są teraz inne niż w latach 80-tych i wczesnych 90-tych. Ale czy to źle? Okres ostrych ksiąg może się skończył, ale teraz za to mamy klimatyczne powieści, takie jak "Muzyka z zaświatów" a klimat cenie sobie u tego autora równie mocno, co zdolność do opisywania makabry! :)
-
Gość: Aje, *.internetdsl.tpnet.pl
2010/04/08 15:16:20
Według mnie spoważnienia to wada , i to ... poważna. Sceny seksu w pewien sposób urozmaicały zawsze jego książki. (Vide np. "Zaraza"). A sceny brutalności - Bez tego nie wyobrażam sobie horroru Grahamskiego.
-
Gość: Gril From The Box, *.chello.pl
2010/05/30 15:07:23
Hm. Niedawno skończyłam czytać. Szczerze? Mnie się podobało, choć motyw pojawienia się wielkiego serca Olbrzyma Grzmotu, składającego się z badziewia i trupów, był dla mnie zupełnie bez sensu. Natomiast ciekawa jestem, o jakich błędach logicznych mówisz? U mnie z logiką nigdy nie było za dobrze ;) Acz pewne rzeczy faktycznie były tak oczywiste, że aż bolało.
-
2010/05/31 14:41:51
Jedna z nielogiczności dotyczy samego momentu oślepnięcia i możliwości jego uniknięcia. Generalnie dało się 'ocaleć' tylko wtedy, gdy nie patrzyło się na czarowników, nie przebywało w ich towarzystwie, tymczasem w jednej z początkowych scen piloci i cała załoga samolotu oślepła wiele mil nad ziemią. A ani Misquamacusa ani czarowników tam przecież nie było.
-
Gość: Pati, *.net.stream.pl
2011/12/31 05:38:51
Kwestia utraty wzroku przez pilotów Boeinga jest w pewnym momencie wyjaśniona w książce. Ktoś (nie pamiętam kto) tłumaczy, że ślepota nie musi wystąpić w momencie zetknięcia się z Zabójcami Oczu, ale jakiś czas po spotkaniu. Jest to swego rodzaju sugestia, hipnoza - Zabójcy Oczu mogą jakby decydować, kiedy nastąpi owa utrata wzroku. Osobiście zgadzam się z negatywnymi opiniami na temat książki. Powieść nie porywa, mnie bardzo rozczarowała. Zbyt często powtarzany wątek ślepoty (kilka przypadków można by uniknąć, fabuła i tak nie straciłaby sensu, a po co zanudzać czytelnika), niepotrzebne kilkakrotne wyjaśnianie przyczyny utraty wzroku - wystarczyło to czytelnikowi raz przedstawić. Bijące serce olbrzyma również uznaję za dziwaczny pomysł. Zakończenie mało spektakularne, jak na Mastertona, ale to chyba domena serii o Misquamacusie. Plusem powieści jest oczywiście wyjątkowy humor mistrza grozy, który mi zawsze przypada do gustu oraz język - książkę czyta się łatwo, płynnie, kartka za kartką, aż do samego końca :)